„Jak byliśmy w domu…” – wywiad z Andrzejem Priadką o “Łemkowskiej Odysei”

Wieś Płonna – położona jest na malowniczym terenie Pogórza Bukowskiego. Jest to region prawie nieodkryty turystycznie, będący w cieniu zarówno Bieszczadów i Gór Sanocko-Turczańskich, jak i Beskidu Niskiego.

Obecnie Płonna to wymarła wieś. Znajdują się tu dwa lub trzy gospodarstwa PGR oraz ruiny cerkwi. Korzystając z uroków pięknej pogody, wybrałam się tam, by ponownie napawać się urokami tego malowniczego terenu oraz zapalić świeczkę na opuszczonym cmentarzu.

Czasem zastanawiać się można, że los tak poukłada nam ścieżki, że właśnie w określonym miejscu i czasie spotyka się kogoś, kto okazuje się kimś niezwykłym.

Właśnie przy ruinie cerkwi w Płonnej spotkałam Pana Andrzeja Priadka – autora książki „Łemkowska Odyseja”. Dowiedziałam się, że był chrzczony właśnie w tej cerkwi, jego rodzina stąd pochodzi, on się tutaj urodził. Od słowa do słowa udało mi się z tym Panem porozmawiać, co zaowocowało wywiadem, którym się dzielę.

Kim Pan jest? Jakie są korzenie Pana rodziny?

Kim jestem? Na pewno najprościej odpowiedzieć, że czuję się przede wszystkim obywatelem polskim, a Polska jest moją ojczyzną. Natomiast moje pochodzenie wywodzi się z Łemków. Teraz pytanie: kim są Łemkowie, a odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Zdawkowo wspominam o tym w mojej książce, że są to potomkowie plemion wołoskich (może wywodzących się od tzw. Białych Chorwatów), które wędrując na północny zachód przed wiekami zasiedlały trudne i niezagospodarzone tereny pomiędzy Słowakami i Polakami. Jakby „po drodze” przyjęli z Rusi Zakarpackiej mowę ruską, która przez wieki ulegała zmianom, przyjmując wiele elementów z mowy polskiej (głównie akcent) i słowackiej. Jednak najbliższym językiem był język ruski (nie mylić z rosyjskim), a obecnie ukraiński. Z biegiem lat ludzie ci coraz bardziej utożsamiać zaczynali się z narodem ukraińskim, a to głównie z powodu niezbyt życzliwego traktowania ich ze strony najbliższych sąsiadów od strony północnej. Bliżej o tym może Pani dowiedzieć się z literatury (np. Patrycja Trzeszczyńska: „Łemkowszczyzna zapamiętana”).

Jest Pan Łemkiem?

Opowiadanie się, czy jestem Łemkiem, nie jest takie proste, bo te terminy nie są jednoznaczne. Gdyby Państwo Polskie traktowało tych ludzi, jako Łemków, to zapewne nie doszłoby do wysiedlenia. Ci ludzie przeszkadzali w tym miejscu nie jako Łemkowie, a raczej, jako Ukraińcy. Przecież w materiałach historycznych z pierwszych lat powojennych często mówi się, że należało rozwiązać problem ukraiński. Nasuwa się pytanie, jaki „problem ukraiński”? Przecież ci ludzie żyli na swoim terenie od wielu wieków (na pewno ponad 400 lat) i nie byli tu ani intruzami, ani ludźmi obcymi. Wysiedlono przecież nie tylko Łemków, ale też i Bojków i mieszkańców np. Chełmszczyzny.

Czy z rodziny tylko Pan odwiedza swoje rodzinne strony?

Z książki „Łemkowska odyseja”, która jest powieścią biograficzną, można się dowiedzieć, że jestem najmłodszym ze swojego rodzeństwa. Mam jeszcze 3 starsze siostry (do tego siedmioro rodzeństwa leży na cmentarzu w Płonnej). Tereny te odwiedzali wszyscy. Ja chyba najczęściej, bo mam ku temu najwięcej sposobności. Tych odwiedzin z początku nie było dużo, a obecnie wyjazdy takie powodują różne nastroje. Oprócz radości z odwiedzenia swoich rodowitych terenów, powodują one odżywanie nostalgii, poczucia krzywdy i bezsilności. Jest żal za utraceniem wszystkiego, czego dorabiały się całe pokolenia. A ponadto denerwuje bezmyślne zniszczenie tak wielkich połaci terenu i tak znacznej części Polski. Do czego to porównywać? Pamięta pani, jak Rosjanie przed latami całkowicie zniszczyli miasto Groznyj, stolicę Czeczenii? Rosjanie twierdzą, że jest to rosyjskie miasto. To, kto to w takim razie bombarduje sam swoje miasto? Jeżeli bombardowali, to znaczy, że traktowali je jak obce miasto, a jeżeli jest to miasto obce, to, jakim prawem można je niszczyć. Czy jest tu jakaś analogia do zniszczenia całych Bieszczad i Beskidu Niskiego – aż do Nowosądeczczyzny? Odpowie sobie Pani sama. Ojciec umarł wcześnie (1954 r.) i nigdy nie odwiedził swoich rodzinnych stron. Mama moja natomiast była tu tylko raz, ale nie wpuścili jej do rodzinnego Przybyszowa, bo tam pracowali więźniowie w państwowym gospodarstwie rolnym i nie było wolno tam wchodzić (władza chyba bała się starej, samotnej niewiasty).

Proszę opowiedzieć, czy w rodzinnym domu wspominało się czas przed wysiedleniem?

A jak mogłoby się nie wspominać? Przecież to było całe życie – młodość, przodkowie, narodziny dzieci, zdarzenia wesołe i smutne, a przede wszystkim ciężka praca. A do tego tak to wszystko brutalnie przerwane. Gdy osoby starsze wspominały dawne czasy, to zawsze mówiły o tamtych terenach „jak byliśmy w domu”, „u nas w domu”. Oznacza to, że tego domu nie mieli już na ziemiach północnych i zachodnich (nie mylić z posiadaniem mieszkania).

Co czuli Pana rodzice po wysiedleniu? Jak to wyglądało?

Musiałbym to opisywać od nowa, a przecież (tylko namiastkę tego) starałem się opisać w mojej książce. Pozwoli więc pani, że nie będę tego powtarzać. Po przeczytaniu książki, będzie pani miała, jako taki pogląd na te sprawy (chociaż nie jest to tam może ujęte w takim wymiarze, jak powinno być – a to za sprawą ograniczonej objętości książki).

Czy nie chcieliście nigdy wrócić?

Pytanie dosyć retoryczne. Nie po to przecież polska władza ludowa wysiedliła tych ludzi, aby pozwalać im tam powracać. Zna Pani historię Nikifora Krynickiego (prawdziwe nazwisko Epifaniusz Drowniak), światowej sławy malarza naiwnego. Był on osobą poniekąd upośledzoną. Po wywiezieniu go w ramach „akcji Wisła” w 1947 roku w okolice Wałcza powrócił pieszo do swojej Krynicy. Wywieźli go więc powtórnie (zdaje się w okolice Bartoszyc), a on uparcie powrócił znowu pieszo do Krynicy. Niepokornego nie wywożono już trzeci raz, a osadzono go w domu starców, chociaż chyba miał dopiero 52 lata. Wywiezionym ludziom nikt nie pozwalał wracać. Liczyli oni jeszcze na jakiś cud (że może np. będzie III wojna, ujmie się za nimi zagranica itp.). Nie było też możliwości fizycznej na powrót. Tamte wioski zostały już zdewastowane, grasowali tam szabrownicy. Przede wszystkim jednak było to zakazane politycznie. Dopiero po kilkunastu latach bardzo nielicznym udawało się uzyskać pozwolenie na powrót. Ale musieli się oni urządzać od nowa, bo jeżeli ich rodzinne sadyby nie były zniszczone, to już osadzono w nich ludzi obcych (przybywali masowo biedacy z Podhala i wypasali tam owce). Był opracowany system prawny, aby ludzie tam nie mogli wracać. Np. pamiętam ustawę z około 1967 roku, która zachęcała do zagospodarowywania na nowo Bieszczad. Ludzie chętni do osiedlania się tam otrzymać mogli materialne wsparcie od państwa. Perfidnie jednak ustawa ta z tej pomocy wyłączała osoby, które mieszkały na tzw. Ziemiach Odzyskanych (a tu zostali wywiezieni właśnie Ukraińcy z Bieszczad i Beskidu Niskiego). Nie określono więc wprost, że nie mogą tam wracać Ukraińcy (Łemkowie czy Bojkowie), ale tak napisano tę ustawę, aby nie mogła ona objąć tych ludzi (należałoby np. najpierw wyprowadzić się do Wielkopolski, a potem stamtąd w Bieszczady).

Spotkałam Pana tutaj pod cerkwią w Płonnej. Był Pan tutaj chrzczony. Czy cokolwiek pozostało z budynków gdzie Pan mieszkał? Ktokolwiek z rodziny?

Jest pani przecież w Płonnej. Tam nie ma dosłownie niczego, co istniało przed 1947 rokiem – oprócz dzwonnicy i ruiny cerkwi. Płonna została spalona przez wojsko polskie na wiosnę 1946 roku w około 80 – 90 %. Ludzie zaczęli się odbudowywać (mój ojciec np. nabył już blachę na pokrycie domu), ale już nie pozwolono im na to. Potem tam był PGR i powstało kilka dziwacznych baraków (obory) i chyba 3 domy mieszkalne, (które też dzisiaj są puste). A było tam przed wojną około 180 – 200 zabudowań (!). Na spakowanie się ludzie otrzymali aż całe 2 godziny (wyjątkowo moja rodzina wiedziała o tym o 10 godzin wcześniej, bo u nas w domu stacjonowało dowództwo wojskowe i oficer – narażając się sam – w wielkiej tajemnicy powiedział o tym rodzicom jeszcze poprzedniego wieczoru, że rano wszyscy będą wysiedleni.

Jak potoczyły się Pana losy od czasu wysiedlenia?

Trudno mi opisać w skrócie moje losy po wysiedleniu. Nie były łatwe, ale żyć było trzeba. Opisałem to w książce. Miałem wtedy 4 lata. Nie uważam się za człowieka przegranego. Mam wykształcenie wyższe (technikum rachunkowości rolnej, Szkoła Oficerów Pożarnictwa w Warszawie, Politechnika Szczecińska). W  wieku 19 lat byłem już głównym księgowym w państwowym gospodarstwie rolnym, następnie pełniłem służbę jako oficer pożarnictwa (zakończyłem ją w stopniu pułkownika (starszy brygadier) na stanowisku komendanta wojewódzkiego Państwowej Straży Pożarnej w Koszalinie (zdjęcie w załączeniu); jeszcze wtedy było województwo koszalińskie. Pełniłem wiele funkcji społecznych i politycznych, jeździłem trochę po świecie (m.in. w USA, Kanadzie, Rosji), mam dom, miałem jacht…

Mieszka Pan w Koszalinie? Więcej jest tam ludności wysiedlonej? Macie ze sobą kontakt?

Jest w Koszalinie i okolicach takich bardzo wiele, ale też intensywnie asymilują się. Nie mam statystyki, ale uważam, że w Koszalinie zamieszkuje z tej ludności (raczej już z potomków) może do 2 tys. osób. Jest w Koszalinie nowa cerkiew greckokatolicka, do której na mszę w niedzielę przychodzi 250 – 300 osób. Niedaleko, w Białym Borze jest zespół szkół z ukraińskim językiem nauczania. Tam na dorocznym odpuście w miejscowym sanktuarium maryjnym udział bierze 4 – 5 tys. wiernych z okolic (cerkiew tę projektował prof. Nowosielski) . Drugą stronę medalu stanowi jednak fakt, że ludzie ci nie obnoszą się ze swoim pochodzeniem. Pozostała trauma. Cóż tu mówić?  W Polsce często łatwiej jest być kimkolwiek innym, byle nie Ukraińcem (czy Pani o tym wie, że uważa się, iż ci ludzie to nawet mają czarne podniebienie…). Ludzie ci utrzymują pewien kontakt ze sobą. Najczęściej na nabożeństwach greckokatolickich. W Koszalinie działa prężnie oddział Związku Ukraińców w Polsce, prowadzi się naukę języka ukraińskiego, jest chór śpiewaczy, organizuje się huczne zabawy noworoczne, tzw. „małanki” (od imienia Melania, która obchodzi imieniny razem z Sylwestrem).

Jaki był cel napisania tej książki? Skąd pomysł?

Nie wiem, czy był obmyślony cel napisania książki. Powstała spontanicznie, gdy przyszedł na to czas. Chodziło mi głównie o utrwalenie pamięci o moich rodzicach, których los był nadzwyczaj skomplikowany. Los ten jest też tak charakterystyczny dla wielu innych osób z tamtejszej ludności. Ludzie, po przeczytaniu tej książki, często dzwonią do mnie i mówią: „A mój dziadek przeżywał podobne dzieje”, albo „moja matka przechodziła to samo”. Uznano ją (np. prof. Libera lub dr Patrycja Trzeszczyńska z Uniwersytetu Jagiellońskiego), za powieść historyczną, przedstawiającą dzieje ludności na Podkarpaciu. Można więc przyjąć, że celem książki było też przedstawienie losów ludności łemkowskiej, ale na przykładzie jednej rodziny. Mogłem zmienić nazwiska, ale wówczas ulotniłyby się losy moich zacnych rodziców, a oni na to nie zasługują. Niektórzy powiadają, że gdybym zmienił nazwiska bohaterów, to opowiadanie nie byłoby tak wiarygodne. Proszę przyjąć do wiadomości, że w książce prawie w ogóle nie ma fikcji. Prof. Libera określił, że książka jest „fikcjonarna”, tzn. nie w sensie zmyślenia, a tylko w sensie tworzenia faktów na nowo (nawet sceny spirytystyczne chyba są prawdziwe – tak ludzie o tym opowiadali, a niektóre, jak np. wróżenie ze stolika, albo zaplatanie grzywy koniom, pamiętam sam).

Bardzo dziękuję za rozmowę, za książkę i lekcję historii.

Lidia Tul-Chmielewska

2 komentarze
  1. Pięknie , fachowo przeprowadzone opowiadanie z autorem Panem Priadkiem.
    Ale mam wrażenie , iż rozmówca przedstawia siebie jako człowieka rozżalonego , zawiedzionego i przygnębionego sytuacją wyeksmitowania tamtejszej ludności pochodzenia ukraińskiego na ziemie odzyskane w ramach AKCJI WISŁA .
    I tak , jakby nic nie wiedział o przyczynach i przesłankach polskich powojennych władz.
    A szkoda.

  2. Wiele z tego wywiadu się dowiedziałam. Mam tą książkę, choć jeszcze jej nie przeczytałam, ale to dlatego, że mój dziadek (Andrzej Priadka) powiedział mi że jestem jeszcze za młoda i dlatego mogę jej trochę nie zrozumieć.
    Dziadek dużo mi opowiadał o tamtych dziejach i bardzo mnie to zaciekawiło.
    Uważam, że książka jest napisana od serca i zapisana jest tam cała prawda o tamtych dziejach.
    Mam nadzieję, że czytelnicy ,,Łemkowskiej odyseji” będą mieli takie same wrażenia jak ja.
    Do dziś słucham dziadka opowięści i bardzo mi się podobają.
    Pozdrawiam Jula

Leave a Reply

Your email address will not be published.