Bieszczady to moje miejsce na ziemi – wywiad z Mariuszem Strusiewiczem

Mariusz Strusiewicz – z wykształcenia leśnik, miłośnik bieszczadzkiej przyrody i pasjonat fotografii przyrodniczej, laureat ogólnopolskich konkursów oraz organizator „Piwniczkowych spotkań z przyrodą”, jakie od kilku lat odbywają się w Ustrzykach Dolnych. O swojej pasji i jej konsekwencjach rozmawia z Grzegorzem Sitko.

– Mariusz, od jak dawna interesujesz się bieszczadzką przyrodą?

– Zainteresowania przyrodnicze i leśne to po prostu pokoleniowe tradycje rodzinne. Mój dziadek był zootechnikiem i myśliwym, pradziadek też interesował się bardzo mocno przyrodą, zaś mój ojciec jest nadal czynnym zawodowo leśnikiem. Wychowałem się w leśniczówce, niedaleko Ustrzyk Dolnych i dorastałem w otoczeniu leśników, myśliwych, pasjonatów i znawców bieszczadzkiej przyrody. Jak by tego było mało, to w domu rodziców ciągle były obecne jakieś zwierzęta. Hodowaliśmy króliki, kaczki, kozy. A od czasu do czasu pojawiały się też dzikie zwierzęta, które ktoś do nas przynosił. Pamiętam, że kiedyś trafił do naszej leśniczówki nawet chory wilk. Las był dla mnie oczywistym wyborem zawodowym i po skończeniu szkoły podstawowej poszedłem do Technikum Leśnego.

– A w młodości nigdy nie ciągnęło Cię w świat? Do wyjazdu w Polskę, albo gdzieś zagranicę?

– Tak, oczywiście, że jako młody człowiek też miałem i takie zamiary. Miałem też krótki epizod zagraniczny, byłem jakiś czas w Luksemburgu. Ale wilka ciągnie do lasu, więc ja też wróciłem z powrotem w Bieszczady. To jest moje miejsce na ziemi, tutaj czuję się najlepiej. Jeżeli nawet kiedyś znowu przyjdzie mi gdzieś wyjechać to na pewno na stałe i tak zamieszkam w Bieszczadach.

– Dlaczego? Co Cię tak tu fascynuje, czy tylko przyroda?

– Głównie tak, dzika przyroda. Ale jest coś więcej w tych górach. Bieszczady mają po prostu taki swój specyficzny klimat, który wyczuwam gdy tu jestem, chociaż nie wiem jak to wyrazić własnymi słowami. A przyrodniczo to prawdziwa oaza dla miłośników dzikich zwierząt. Mamy tu praktycznie wszystkie gatunki dużych zwierząt jakie występują w Skandynawii, no może poza jednym – rosomakiem. Więc po co tak daleko jechać, skoro wszystkie ciekawe zwierzaki można spotkać u nas.

– Sporo też fotografujesz, od jak dawna?

– Obecnie już prawie nie rozstaję się z aparatem fotograficznym, zabieram go przy każdym wyjściu do lasu. A kiedy to się wszystko zaczęło? Nie pamiętam dokładnie, ale chyba to były wczesne lata szkoły podstawowej, III albo może IV klasa.

– Pamiętasz swój pierwszy aparat fotograficzny?

– Tak, doskonale go pamiętam. To był radziecki sprzęt i nazywał się AGAT. Był mniejszy od słynnej i bardzo wtedy popularnej SMIENY. Pierwsze moje zdjęcia były oczywiście czarno-białe. Ten aparat był bardzo specyficzny, ponieważ można nim było zrobić dwa razy więcej zdjęć niż takim standardowym sprzętem fotograficznym. Pamiętam, że z jednej kliszy z 36 klatkami można było uzyskać 72 zdjęcia!

– A jakie to były zdjęcia, pamiętasz?

– Na pewno nie były to jeszcze wtedy zdjęcia stricte przyrodnicze. W pierwszych latach w ogóle byłem zafascynowany fotografią jako taką i nie miałem sprecyzowanych zainteresowań. Zresztą przy fotografii czarno-białej trudno było wykonywać ciekawe zdjęcia zwierząt, więc jeżeli już, były to zdjęcia przedstawiające jakieś krajobrazy.

– Pamiętasz swoje pierwsze udane zdjęcia dzikich zwierząt?

– Zwierzęta próbowałem fotografować od samego początku, ale nie były zbyt udane. Pierwsze dość dobre zdjęcie dzikiego zwierzęcia… tak pamiętam, to był wilk przechodzący w biały dzień przez drogę. Wtedy było to oczywiście zdjęcie wykonane analogowo, mam je do dziś i czasem do niego wracam. Natomiast zdjęcia, którymi mogę się pochwalić pojawiły się gdy kupiłem pierwszy aparat cyfrowy. Po pierwsze mogłem „pstrykać” bez ograniczeń, nie martwiąc się kosztami „wywołania filmów” i co ważne – od razu mogłem zobaczyć obraz i przy kolejnym zdjęciu ewentualnie skorygować ustawienia aparatu.

– W jakich miejscach wykonujesz zdjęcia?

– Nie jeżdżę daleko, nie ma zresztą takiej potrzeby. Większość zdjęć wykonuję w okolicach Ustrzyk Dolnych. Zresztą w tutejszych lasach jest wszystko, są wilki, niedźwiedzie, rysie, orły przednie, bociany czarne, różne gatunki sów i dzięciołów, ciekawe i rzadkie rośliny. Nie mam więc potrzeby wyjeżdżania daleko w góry. Ostatnio, gdy poproszono mnie o fotografie do folderu promocyjnego, okazało się, że mam wszystkie potrzebne zdjęcia, za wyjątkiem jednego… brakowało mi zdjęcia grupowego pracowników firmy która mi to zleciła :-).

– Pamiętasz Mariusz jakie zdjęcia były dla Ciebie najtrudniejsze i najbardziej czasochłonne?

– Zdecydowanie zdjęcia z lęgu puszczyka uralskiego. Z tych zdjęć jestem bardzo zadowolony, zresztą były wysoko ocenione na konkursie fotograficznym. Wprawdzie gatunek ten jest najliczniejszą sową w bieszczadzkich lasach, to jednak zarejestrowanie przebiegu całego okresu lęgowego zajęło mi kilka tygodni. Byłem wtedy w lesie dzień w dzień, a właściwie noc w noc, od 16.00-17.00 do 5.00-6.00.

– Jaki gatunek zwierzęcia występującego w Bieszczadach chciałbyś jeszcze sfotografować?

– Zdecydowanie jest to największa europejska sowa, czyli puchacz. Wiemy gdzie się gnieździ w naszym regionie, bardzo często zajmuje urwiste półki skalne, dlatego bardzo trudno jest znaleźć dogodne i dostępne miejsce tak aby można było wykonać poprawne technicznie zdjęcie w dobrych warunkach oświetleniowych.

– Z tego co wiem, wysyłasz także swoje zdjęcia na konkursy fotograficzne. 

– Faktycznie, dość wcześnie zacząłem próbować swoich sił na różnego typu konkursach, nawet wtedy gdy zajmowałem się czarno-białą fotografią analogową. Z tym że bardziej niż typowe konkursy cenię sobie portale, na których można zaprezentować swoje „dzieła” i poddać się konstruktywnej ocenie, a nieraz i mocnej krytyce innych osób, w tym zawodowych fotografików przyrody. Właśnie w ten sposób bardzo dużo się nauczyłem. Gdy wyłącznie sam patrzę na swoje zdjęcia, towarzyszą temu emocje, często pojawiają się skojarzenia z miejscami, sytuacjami i okolicznościami w jakich fotografie zostały wykonane. Natomiast ktoś obcy może popatrzeć na obrazy bardziej chłodnym okiem, z dystansem, i takie właśnie, wyważone opinie i uwagi są dla mnie najcenniejsze.

Galeria Bieszczady w Fotografii Mariusz Strusiewicz piękny JELEN (Cervus elaphus)_M

– Udało Ci się w związku z tym nawiązać jakieś bliższe kontakty z zawodowymi fotografikami przyrody?

– Tak, często z własnej inicjatywy pisałem do wybranych osób z tego środowiska krótkie e-maile z prośbą o kontakt, ale nie zawsze otrzymywałem odpowiedź zwrotną. Mimo tego nie zrażałem się i w ciągu tych minionych lat udało mi się nawiązać kilka bardzo cennych kontaktów, a nawet mogę powiedzieć więcej, bo czasami są to prawdziwe przyjaźnie. Nieraz też niektórych goszczę u siebie w Bieszczadach, na wspólnych sesjach fotograficznych w plenerze.

– Zdarzyło Ci się, że kiedyś zapomniałeś wziąć ze sobą aparatu i umknęła Ci jakaś niesamowita okazja zrobienia ciekawego ujęcia przyrody?

 – Pewnie tak, ale staram się nie myśleć tylko w takich kategoriach i wydaje mi się, że nie jestem „niewolnikiem własnego hobby”. Bywa też zupełnie odwrotnie.

– To znaczy?

–  Czasem mam po prostu ochotę poczuć las i przejść się na spacer, albo pójść z dziećmi, rozpalić ognisko i upiec kiełbasę. Nieraz świadomie nie zabieram ze sobą aparatu. Po prostu chcę wtedy nie myśleć o lesie w kategoriach jakiegoś wymiernego produktu, że muszę z lasu wynieść coś konkretnego – w moim wypadku chodziłoby rzecz jasna o zdjęcia przyrodnicze. Nie jestem pod presją umowy na wykonanie określonych zdjęć przyrody, więc mogę sobie na taki luz i poczucie wolności pozwolić.

– Wykonujesz też zdjęcia ludzi, portrety, zdjęcia rodzinne?

– No właśnie z tym mam spory problem, nawet żona mi wypomina, że dzieci szybko rosną, a prawie nie mamy ich zdjęć -).

Dziękuję za rozmowę i życzę udanych zdjęć bieszczadzkiej dzikiej przyrody i nie tylko.

Rozmawiał Grzegorz Sitko

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

MojeBieszczady

O NAS

Nasz zespół to grupa miłośników i pasjonatów Bieszczadów, w większości żyjących tu na co dzień i patrzących na region z różnych perspektyw. Naszym celem w pierwszej kolejności jest promocja turystyczna Bieszczadów. Pragniemy jednak zarazem być dla ich mieszkańców bijącym sercem naszych gór, budzić w nich dumę z „małej Ojczyzny”, prezentować ludzi bieszczadzkiego sukcesu i inspirować dyskusje o przyszłości regionu.

Myślisz podobnie?

Dołącz do nas!