BIESZCZADZKA PĘTLA UPA – wspomnienia z wyprawy Macieja Szymańskiego

I kto by pomyślał, że na koniec roku trafi mi się jeszcze rowerowa przygoda. A wszystko to przez aurę, która okazała się bardzo łaskawa, jak na tę porę roku. Słoneczne i stosunkowo ciepłe dni rozbudzały moją wyobraźnię odnośnie sposobu zakończenia roku. Zamieniłem więc butelkę ciepłej wódki o północy w tym czy innym lokalu pośród kolorowych baloników na wyjazd w góry – myślałem o Beskidach, ale Magda doradziła Bieszczady, w których nie byłem przecież tyle lat. W sumie ta opcja wydała mi się niezwykle interesująca, ponieważ byłem bardzo ciekaw, co też się zmieniło od 1999 roku, kiedy to z plecakiem byłem tam po raz ostatni.

28 grudnia niczym automat zerwałem się na dźwięk budzika i po chwili już siedziałem w busie do Krakowa, gdzie czekała na mnie Magdalena. Stamtąd kolejnym busem do Sanoka i jeszcze jednym do Leska. Godzina 14, a tu niemal wieczór. W bladej, żółtawej poświacie zwiedzamy leski rynek, na którym znajduje się ciekawy pomnik ku czci Armii Radzieckiej.

To, co spodobało mi się teraz w Bieszczadach, a na co wcześniej nie zwracałem uwagi to zachowane pomniki z minionej epoki. Bo pomników nie można burzyć, a jeśli już zmienił się system, rządzący i oficjalne ”myślenie” (lub bezmyślność), to należy je zachować jako pamiątkę historii opatrując na przykład stosowną tabliczką, lub ewentualnie przenieść w jakieś mniej eksponowane miejsce. W 1989 roku, na fali odzyskanej pełnej niepodległości zniszczono bardzo wiele takich pomników i ja to rozumiem. Takie były czasy, takie były emocje i taka była potrzeba chwili oraz Narodu lecz teraz należy zachować to, co się ostało. Niestety, wielu naszym politykom o poglądach raczej zaściankowych i ciasnych umysłach zakrywających tak naprawdę głupotę i małość parawanem z napisem ”patriotyzm” brakuje zdrowego spojrzenia na mnóstwo spraw, w tym także na tak mało istotne tematy jak stare monumenty z okresu ”romantyzmu budów”, które większych emocji w społeczeństwie budzić już nie powinny.

Oglądam z zaciekawieniem mój pierwszy bieszczadzki pomnik z czasów PRL i z przykrością muszę stwierdzić, że ten jak i kolejne, które dane mi było obejrzeć w trakcie tego wypadu są o wiele ciekawsze niż stawiane dziś na skalę masowo ”papieże” z obowiązkowo uniesioną jedną, albo dwoma rękami. Pomniki klony i te ”smoleńskie”, jak chociażby bohomaz z Kałkowa stawiane częstokroć samowolnie i bez pozwolenia rzadko kiedy wpisują się w architekturę krajobrazu. Nic dodać, nic ująć. Ale nie ten monument był powodem, dla którego wysiedliśmy w Lesku, lecz bardzo ciekawe miejscowe judaika czyli synagoga, podobna nieco do barokowego zamku oraz cmentarz usytuowany na porośniętym lasem wzgórzu.

Synagoga w Lesku z XVII w.

Cmentarz leski jest jednym z najstarszych w Polsce, a niektóre macewy są z XVI wieku! Podczas II wojny światowej odbywały się tam egzekucje. Tu rozstrzelano grupę około stu osób, starców i chorych, pozostałych w mieście po likwidacji getta w Lesku. Później dokonywano w tym miejscu doraźnych egzekucji Żydów ukrywających się w okolicach Leska. Wspomnieniem tych tragicznych wydarzeń są symboliczne groby ofiar Holocaustu.

Niektóre macewy mają niemal 500 lat!

Chodzimy więc w zadumie po tym niezwykłym miejscu – niesamowicie oświetlonym niemal poziomym światłem bardzo nisko stojącego słońca charakterystycznego dla okresu zimowego. Pora roku, światło i czas stworzyło świat odrealniony, abstrakcyjny z nutką jakiegoś żalu po tym, co nigdy nie wróci. Szuramy po liściach, których mnóstwo leży na ziemi, dotykam rzeczy, które powstały w czasach, gdy mój kraj był potęgą nie tylko militarną, ale przede wszystkim kulturalną, miejscem, do którego przybywali ludzie z całej Europy, by tu zamieszkać i by tu żyć!

W porównaniu ze stanem z 1999 roku, kiedy to byłem tu pierwszy raz widać różnicę in plus. Jest to dla mnie sporym zaskoczeniem, ponieważ o żydowskie nekropolie raczej się nie dba i pozwala na ich powolne zanikanie. Tymczasem tu powycinano wiele drzew i chaszczy, uporządkowano otoczenie i przede wszystkim ogrodzono teren cmentarza ograniczając w ten sposób wizyty niepotrzebnych gości. Wstęp na cmentarz jest płatny a osoba mająca klucze do bramy mieszka naprzeciw. Polecam każdemu odwiedzenie tego miejsca, jednej z najcenniejszych żydowskich nekropolii w Polsce.

Samej synagogi niestety nie udało się zwiedzić, ponieważ była zamknięta. Warto wiedzieć, że część elementów bimy (mównicy) wyniesiono z niej w 1947 roku i dziś można je zobaczyć jako balustrady balkonów w domach przy ulicy Unii Brzeskiej i placu Konstytucji 3 Maja.

3111

My z Magdaleną przechodzimy dalej, przez ciche miasteczko w kierunku zamku, w którym mieści się hotel będący niegdyś bramą do Bieszczadów dla bardziej zamożnych i wymagających gości, lecz teraz, wobec dużego rozwoju turystyki, hotelarstwa w samych Bieszczadach coraz częściej pomijanego. Niedaleko rynku kolejny pomnik – relikt, tym razem poświęcony polskim (komunistycznym) milicjantom poległym w walkach z ”bandami” UPA, szerzej o tym później.

Przekraczamy rzekę San, dawną granicę wytyczoną paktem Ribbentrop – Mołotow z sierpnia 1939 roku i potwierdzoną kolejnym protokołem z października tego samego roku ustalającym ostatecznie przebieg granicy radziecko – niemieckiej. Szybko łapiemy ”stopa”, a raczej łapie go Magda i po 30 minutach lądujemy w miejscu docelowym, czyli w Cisnej, maleńkiej wsi ułożonej między masywem Wołosania, Małego Jasła i Łopiennika. Z ciekawością obserwuję wioskę i zmiany, jakie w niej zaszły w ciągu minionych 15 lat. Jest bardziej zabudowana, niż wtedy ale, niestety z typowym polskim bezładnym chaosem, czyli każdy sobie, jak mu wygodnie i według własnego pomysłu. Na szczęście, gdy tylko podniosę wzrok widzę góry, góry, góry – piękne, spokojne, pokryte lasem i nisko stojącymi chmurami. Czuję się szczęśliwy. Przez chwilę, zaraz potem bowiem przekonuję się, że dzisiejsza Cisna jest jak Krupówki, komercyjna i droga. Podwójny obiad i piwo kosztuje blisko 70 PLN! Nie ma też już dawnych, małych budek, w których miejscowi artyści, tzw.bieszczadzkie zakapiory sprzedawali swoje rzeźby, własnoręcznie wykonane. Dziś króluje tandeta – dokładnie ta sama, co w Międzyzdrojach czy Zakopanem.

Kultowa “Siekierezada” w Cisnej

Po obiedzie idziemy do ”Siekierezady”, kultowej knajpy bieszczadzkiej. To właśnie w niej poznałem Janusza Zubowa, artystę: rzeźbiarza, poetę i rysownika. Ukończył warszawską ASP i ponoć przez kobietę porzucił miejskie życie i przyjechał w Bieszczady. Ten potężny mężczyzna miał wielkie serce. Często rozrabiał, zwłaszcza gdy wypił, a że pił często…. Dziś On i jemu podobni leżą na ciśniańskim cmentarzu. Kolejna legenda tych gór, bez kontynuacji, niestety. Czasem twarze dawnych bieszczadników można obejrzeć na reedycjach widokówek z serii ”pozdrowienia z Bieszczadów” – brodaci, kudłaci dali się sfotografować 20 lat temu w barze w Wetlinie na tle połoniny, przy piwie Leżajsk i paczce Klubowych

Ale oto i sama ”Siekierezada”, wchodzę tam z lekkim wzruszeniem, co zastanę? Jak teraz wygląda po tylu latach? Są rzeźby diabłów, czartów i biesów. Jest kącik z portretami zakapiorów – miejsce, w którym zasiadywali, pili i opowiadali swoje bieszczadzkie legendy. Ale jest też i sala koncertowa, której kiedyś nie było. Pijemy z Magdą piwo o takiej samej nazwie jak bar. Jest klimat. To nic, że piwo wcale nie jest regionalne, że ktoś sprytny zamawia je w browarze w Raciborzu i w knajpie nazywa się Siekierezada, a w sklepie ma nazwę Bieszczadowe, z kolei w barze ”Troll” – po prostu piwo Troll :). Wracają wspomnienia, choć przecież czasy dziś zupełnie inne. Późnym wieczorem opuszczamy to miejsce, które stanowi jednocześnie ośrodek kultury i rozrywki zapewniając miejscowym oraz turystom rozrywkę – koncerty i zabawy. Warto dodać, że właściciel ”Siekierezady” dodatkowo wydaje książki poświęcone bieszczadzkim legendom oraz ludziom tu żyjącym.

Dzień drugi, 29 grudnia to dzień rowerowy. Udaje nam się wypożyczyć dwie, mocno zdezelowane Meridy, niestety w mojej nie działają hamulce a u Magdy działa tylko jeden, i to przedni. Całkiem nieźle, jak na jazdę po górach. Ruszamy – skąpaną w lodowym, bladożółtym słonecznym blasku szosą na Baligród. To właśnie na tej drodze zginął generał Świerczewski, legenda PRL-u. Jego śmierć rozpalała historyczne dyskusje przez dziesiątki lat. Choć Polak, to z sowiecką mentalnością, pijak, przez którego zginęło wielu polskich żołnierzy. Jego śmierć jest wciąż zagadkowa. Oficjalnie zginął od kul z zasadzki dwóch sotni UPA: Chrynia i Stiacha, choć ślady na mundurze generała wskazują, obok dziur po kulach pchnięcie nożem lub bagnetem. Tak, czy inaczej generał stał się swoistą legendą, mitem i kamieniem węgielnym nowej historii – historii Polski Ludowej. Jego legenda wykreowana w PRL-u rozbudzała wyobraźnię Polaków. Organizowano zloty i marsze nazwane jego imieniem a w samych Jabłonkach, gdzie zginął postawiono monumentalny pomnik, który przetrwał do dziś oraz niewielkie muzeum, po którym nie ma już śladu. Do dziś przed pomnikiem zatrzymują się autokary turystyczne, a sam monument wzbudza wciąż wiele kontrowersji, zwłaszcza wśród polityków i różnych organizacji kombatanckich. Organizacje prawicowe uważają gen. Świerczewskiego – Waltera za sprzedawczyka i zdrajcę, reprezentanta interesów Moskwy w zniewolonym kraju, i faktycznie mają sporo racji w tym osądzie. Należy, więc ich zdaniem zniszczyć wszelkie pamiątki związane z generałem. Szczególnie te z okresu PRL-u trzeba pilnie – wypalić ogniem i żelazem.

Pomnik Świerczewskiego w Jabłonkach, a w tle góra, której nazwę w latach PRL przemianowano na Walter

Natomiast organizacje lewicowe twierdzą, że generał jest bohaterem, który walczył o wolność Ojczyzny i powinniśmy mu oddawać honor i cześć. Dlatego lewicowi kombatanci w rocznicę śmierci generała składają pod pomnikiem w Jabłonkach wieńce i kwiaty.
Te polityczne rozgrywki kompletnie nie obchodzą mieszkańców wsi Jabłonki, gdzie stoi pomnik, a także mieszkańców całej gminy Baligród. Tutaj wszyscy stoją murem za pomnikiem Świerczewskiego, i ani nie chcą słyszeć o jego rozbiórce. Monument bowiem rozsławia gminę Baligród na całą Polskę i przekłada się to na korzyści w postaci pieniędzy, jakie zostawiają turyści w sklepach i barach Baligrodu i Jabłonek. Moim zdaniem takie postępowanie jest jak najbardziej racjonalne. Jak już wcześniej wspominałem, pomników nie powinno się burzyć, tylko postawić odpowiednią informację, a przy tym stoi odpowiednia tablica streszczająca pokrótce życiorys tego kontrowersyjnego człowieka. Należy się cieszyć, że wygrał zdrowy rozsądek a sprawa dziś, póki co nie wywołuje już żadnych zbędnych emocji.

Wykonuję kilka zdjęć pomnika i szczytu widocznego za nim, który w latach PRL-u nosił nazwę Walter (to pseudonim Świerczewskiego z czasów wojny domowej w Hiszpanii), ale po 1989 roku przywrócono mu dawną nazwę Woronikówka. Skoro już o nazwach, to w latach 70-tych próbowano wyrugować prastare, ruskie nazwy w Bieszczadach. Na szczęście nieskutecznie, bowiem ludzie przyzwyczaili się już do tych, które były, a i turyści za cholerę nie chcieli posługiwać się nowymi. Pół biedy, gdy Hroszówkę zmieniano na Groszówkę, Liskowate na Lisówek a Smerek na Świerków. Gorzej, a w zasadzie całkowicie bez sensu było gdy taki Czystogarb zmieniono na Górną Wieś, Czerteż na Przedmieście a Stuposiany na Łukaszewicze. W sumie, w tym rejonie zmieniono aż 65 nazw miejscowości, na szczęście większość wróciła do swoich prawowitych określeń.

Siadamy na rowery i jedziemy do nieodległego już Baligrodu, mijamy pomnik polskich żołnierzy różnych formacji, postawiony w miejscu kolejnej zasadzki UPA po czym wjeżdżamy do wsi. Baligród to dziś niewielka miejscowość położona w dolinie rzeki Hoczewki. Przed wojną większość ludności stanowili Żydzi, ale obok nich żyli też Polacy i Ukraińcy. Żydów jesienią 1942 roku wymordowali Niemcy – na placu boju zostali więc Polacy i Ukraińcy.

Skąd wzięła się taka nienawiść między obydwoma tak bliskimi narodami? W latach międzywojennych Ukraińcy stanowili 16% wszystkich obywateli państwa polskiego. Z jednej strony nacjonalizm polski, który po śmierci Piłsudskiego przybrał na sile, z drugiej nacjonalizm ukraiński, który domagał się własnego państwa wykopały niemożliwą do zasypania wyrwę. Nieudolna polityka asymilacji narodowej, której szczytem głupoty było spalenie ponad 100 ukraińskich cerkwi w 1938 roku, mające jakoby ułatwić spolonizowanie Ukraińców (bo będą chodzić do kościoła) doprowadziła do działań odwetowych, zamachów, dywersji i wreszcie współpracy z Niemcami, czego boleśnie doświadczyli wycofujący się na tzw. przedmoście rumuńskie Polacy po 17 września 1939 roku. Wołyńskie ”czerwone noce” z 1943 roku, podczas których wymordowano tysiące Polaków uniemożliwiały już jakiekolwiek porozumienie. Oba narody, choć za wrogów uznawały ZSRR i Niemcy (Ukraińcy zmienili bowiem front po aresztowaniu przez Niemców rządu Stećki i samego Bandery) skupiły się na walkach między sobą. W sumie w latach 1943 – 1947 zginęło w wyniku działań Ukraińców 80-100 tyś Polaków, a Ukraińców 10-20 tyś. I choć po przejściu frontu UPA zaprzestała mordów skupiając się na walkach z Sowietami, to jednak w tym niewielkim zaułku polsko – ukraińskim, który znalazł się w nowych granicach Polski, tj. w Bieszczadach głównym wrogiem pozostawali wciąż Polacy, głównie komunistyczne wojska i administracja, w mniejszym stopniu ludność cywilna, wobec której jednakże stosowano represje i działania odwetowe za zbrodnie dokonane przez Wojsko Polskie podczas wysiedleń Ukraińców za San i na Ziemie Odzyskane. Do takich działań niewątpliwie należy zaliczyć wymordowanie kilkudziesięciu Polaków z Baligrodu, co upamiętnia pomnik w rynku.

Komuniści – wspólny wróg UPA i poakowskiego podziemia (WiN) doprowadzały nierzadko do lokalnych, tymczasowych sojuszy między oboma formacjami, co natychmiast skrzętnie wykorzystywała komunistyczna propaganda chcąca za wszelką cenę zniszczyć wizerunek polskiego niepodległościowego podziemia w oczach narodu. Wizerunku formacji AK-WiN raczej nie udało się podważyć w świadomości Polaków. Tym bardziej więc Ukrainiec spod znaku tryzuba nadawał się na wroga numer jeden i umożliwiał jednoczenie wszystkich Polaków, niezależnie od orientacji politycznych, przynajmniej w tej sprawie.

Niewątpliwie bieszczadzki mit walk z UPA tak pobudzający wyobraźnię wielu podsycała książka, sztandarowa powieść PRL-u, wydawana wielokrotnie: ”Łuny w Bieszczadach”. Autor, Jan Gerhard sam biorący udział w tych walkach przedstawia czarno-białą i mocno przerysowaną historię walk Polaków z Ukraińcami w Bieszczadach. Słynny, opisany przez Gerharda mord, dokonany na wziętych do niewoli polskich żołnierzach poprzez ocięcie toporem głów nie ma potwierdzenia w żadnych źródłach. W rzeczywistości w walce z niemal 100 osobowym oddziałem dowodzonym przez porucznika Gierasika życie w walce straciło dwóch żołnierzy, a 94 po wyczerpaniu amunicji faktycznie dostało się do niewoli. Zabito od razu oficerów i milicjantów a pozostałych poddano ”weryfikacji”. Wybrano ”najbardziej aktywnych w zwalczaniu UPA” i tych, posiadających sowieckie odznaczenia. Wszystkich ich rozstrzelano (60 osób). Jeden przeznaczony na rozstrzelanie żołnierz uciekł a pozostałych, ok. 20. puszczono wolno.

Proszę pamiętać, że sam autor nosił się z zamiarem napisania ”Łun w Bieszczadach” jeszcze raz, na nowo, jednak został znaleziony martwy w swoim warszawskim mieszkaniu w 1971 roku. Jego zagadkowa śmierć wpisuje się idealnie w legendę Bieszczadów i walk z UPA.

Temat wojny w Bieszczadach poruszany był w książkach wielokrotnie, przede wszystkim w klimatach podobnych do powieści Gerharda poza jednym wyjątkiem. To ”Droga do nikąd” W. Szoty i A. Szcześniaka, niewątpliwie najlepsza pośród wszystkich książek wydanych do 1989 roku na temat UPA. Jednakże tuż po druku, po proteście ambasady ZSRR, książka zniknęła z księgarń a cały nakład poszedł na przemiał, co dodatkowo podsycało emocje związane z walkami z ”bandami UPA”. Nieliczne egzemplarze, które przetrwały osiągają dziś bardzo wysokie ceny.

Warto wspomnieć, że w latach 1998 – 2001 odbyło się kilka konferencji historyków polskich i ukraińskich poświęconych zagadnieniom najnowszych stosunków naszych narodów. Udało się wypracować kilka wspólnych stanowisk w wielu kwestiach, część rozbieżności jednak pozostała. Konferencje były jednak o tyle ważne, że po raz pierwszy spróbowano zbliżyć własne stanowiska, opinie i spojrzenie na konflikt oraz wypracować wspólną drogę do pojednania obu narodów. Całość została wydana w obszernym nakładzie Polska – Ukraina, Trudne pytania, tom 1-9. Bo przecież droga jest tak naprawdę tylko jedna – należy pamiętać i szanować pamięć ofiar, ale też trzeba żyć przyszłością. Będąc we Lwowie, bodajże najbardziej prozachodnim mieście ukraińskim spotykałem się z wieloma oznakami sympatii jako Polak i odnoszę, być może subiektywne wrażenie, że szansa na pełne pojednanie jest możliwa, o ile do głosu nie dojdą elementy skrajne z jednej jak i drugiej strony.

Obecnie łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej jest poznać ”spojrzenie” na te wydarzenia strony ukraińskiej, ponieważ w księgarniach pojawiają się wspomnienia pisane przez byłych żołnierzy Ukraińskiej Powstańczej Armii (nakładem wydawnictwa Mireki, które gwoli ścisłości wydaje także wspomnienia polskich żołnierzy). Mógłbym tak długo pisać, UPA to kiedyś mój ”konik” – sam pamiętam jak z wypiekami czytałem ”Łuny…” z mapą rozłożoną na podłodze zaznaczałem wsie, w których dochodziło do walk, które były wysiedlane i palone. Ale dość już pisania o tym!

Odbudowana z powojennych zniszczeń grekokatolicka cerkiew.

Przystępujemy do zwiedzania Baligrodu, bo miejscowość, choć mała – ma sporo do zaoferowania. A więc cerkiew, wcześniej ruina dziś odbudowana. Po roku 1947, po wysiedleniu ludności grekokatolickiej cerkiew była używana jako magazyn. Sprzęty liturgiczne wywieźli w roku 1947 żołnierze KBW. Jedna z ikon – ikona Matki Boskiej z Dzieciątkiem pochodząca z tej świątyni znajduje się obecnie w Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku. Remont cerkwi wzbudzał i wciąż wzbudza sporo emocji, obiekt kojarzony jest przez część społeczeństwa z wydarzeniami roku 1944, kiedy to 6 sierpnia ukraińscy nacjonaliści inspirowani przez miejscowych księży greckokatolickich (wg IPN nawoływali oni do zabijania Polaków, Żydów i bolszewików) dokonali mordu na 42 Polakach. SotniaBurłaki weszła do Baligrodu, upowcy rozbiegli się pomiędzy domami w poszukiwaniu Polaków. Tych, którym nie udało się uciec czy też schować zgromadzono na rynku. Następnie wyprowadzono ich poza zabudowania i wymordowano. Zginęły 42 osoby. Wśród napastników rozpoznano członków policji ukraińskiej z Baligrodu oraz Ukraińców – mieszkańców sąsiednich w stosunku wiosek. Jeszcze długo po tym wydarzeniu część polskich mieszkańców ukrywała się w lasach z obawy przed kolejną pacyfikacją.

Wcześniej, początkiem lata – przy cerkwi usypano tzw. mogiłę Polski. Obrzęd ten, zwany grzebaniem Polski symbolizował akt przejęcia przez ukraińskich nacjonalistów ziem we władanie. Grzebanie Polski odbywało się na ogół z inspiracji duchownego bądź za jego wiedzą a często przy udziale hitlerowców/władz niemieckich. Do symbolicznej mogiły wkładano trumnę z godłem i flagą Polski oraz kajdanami – symbolem ucisku. W baligrodzkiej mogile znalazła się flaga i godło przewiązane drutem kolczastym. Na usypanym kopcu umieszczano krzyż. Zbrodnia w Baligrodzie była zaskoczeniem dla Polaków, gdyż przed napadem na plebani u księdza rzymskokatolickiego w Baligrodzie odbyło się spotkanie z delegacją ukraińską ze wsi Stężnica, której przewodził tamtejszy ksiądz greckokatolicki. W jego trakcie spisano protokół, z którego treści wynikało, iż ludność polska na tym terenie może się czuć bezpiecznie. Przedstawione wyżej okoliczności wskazują na to, iż strona ukraińska nie dotrzymała przyjętego zobowiązania.

 

Dalej oglądamy pomnik pomordowanych 42 Polaków przez UPA. Kolejny pomnik i cmentarz wojskowy – żołnierzy poległych w Bieszczadach, na którym obok naszych leżą też żołnierze radzieccy. Jednakże największą atrakcją miejscowości jest czołg T 34/85. W zasadzie niewiadomo nawet dlaczego tu stoi. Wcześniej stał tu czołg lekki T 70, ale okazało się po wojnie, że to jedyny taki w Polsce więc wywieziono go do muzeum w Poznaniu, a w zamian podarowano ten od ”czterech pancernych”. Czołgi w takich warunkach były kompletnie nieprzydatne, a ten, który tu stał był używany raczej do demonstrowania siły niż do walk.

Dla mnie najciekawszym miejscem był oczywiście cmentarz żydowski. Położony powyżej wsi z ciekawą panoramą na dolinę rzeki Hoczewki. Kiedyś stała tu jeszcze synagoga, ale zdewastowana przez hitlerowców była ruiną do lat 60 – tych, kiedy to ktoś zaprószył w niej ogień. Po tym zdarzeniu została rozebrana a na jej miejscu postawiony ”gustowny” jak to na PRL przystało dom handlowy, który do dziś szpeci całkiem ładny przecież rynek.

Jest godzina 12, ale słońce jest tak nisko, że wydaje się jakby było kilka godzin później. Jedziemy więc dalej, kierując się na Rabe, kiedyś ludną wieś, dziś tylko miejsce. Ta była miejscowość, podobnie jak wiele innych została wysiedlona a następnie spalona. Ostał się tylko jeden grób na nieistniejącym cmentarzu, bo po zabudowaniach oraz drewnianej cerkwi nie ma już śladu.

Jedziemy więc tak lekko pod górę po błotnistej drodze rozoranej przez ciężarówki zwożące drewno, do której nasze rowery niestety nie są przystosowane. Po kilku minutach docieramy do sezonowej bazy studenckiej ”Rabe”, która teraz przypomina pobojowisko. Jesienią 2013 była tam wiata, w której od biedy można było przenocować o każdej porze roku, jednakże teraz obiekt ten został rozebrany ze względu na zły stan techniczny. Wiosną 2014 oddana ma powstać nowa chatka. Do tego czasu nie ma tu możliwości noclegu poza okresem funkcjonowania bazy, czyli w sezonie letnim. Dla mnie to miejsce również jest pełne wspomnień, ponieważ tu zatrzymałem się podczas pierwszego pobytu w Bieszczadach. Pamiętam, jak chodziłem wtedy po lasach szukając pozostałości po ukraińskich bunkrach, z których jeden z nich miał być jednocześnie szpitalem, jednakże zamiast bunkrów znalazłem tylko ślady okopów z I wojny światowej. Baza ”Rabe” położona jest bowiem u stóp Chryszczatej, dużego masywu leśnego będącego miejscem stacjonowania ukraińskiej sotni Chrynia. Bunkry na Chryszczatej zostały zdobyte przez Wojsko Polskie w styczniu 1947 roku.

Ponad sześćdziesiąt lat po tamtych tragicznych wydarzeniach, w 2006 roku w masywie tej góry pojawił się kamienny krzyż ze znakiem tryzuba, herbem niepodległej Ukrainy i znakiem rozpoznawczym członków UPA. Obok umieszczono siedem krzyży, mających symbolizować poległych w obronie podziemnego szpitalnego bunkra. Historię tragedii szpitala na Chryszczatej otacza jednak tajemnica. Tak naprawdę to nie wiadomo dokładnie, gdzie on się znajdował. Świadkowie tamtych wydarzeń już nie żyją. Jan Gerhard lokalizował szpitalne schrony na zboczach Krąglicy. Raport jednego z oficerów WP wspomina o okolicach miejscowości Kołonice, z kolei wspomnienia jednego z partyzantów UPA dotyczą budowy szpitalnego bunkra na górze Wołosań.

Nie wiadomo również dokładnie, ile osób tam zginęło. Na Chryszczatej postawiono siedem krzyży, mających symbolizować poległych. W różnych źródłach wymieniane są jednak liczby 14 lub 16 osób. Co jakiś czas w masywie pojawiają się poszukiwacze skarbów i przygód. Ponoć jeszcze niedawno można było tu znaleźć elementy umundurowania i uzbrojenia. Z napisu umieszczonego na kamiennym krzyżu wynikało, że hołd „poległym w obronie szpitala” oddają ich towarzysze broni. Uważa się, że ów monument postawiony został przez Ukraińców przybyłych z Kanady lub USA.

W 2009 roku obelisk został zniszczony, powyrywano również krzyże – sprawcy do dziś nieznani. Przykład tego pomnika pokazuje, jak duże emocje krążą wciąż wokół tego tematu, choć trzeba przyznać, że nie popisali się tu Ukraińcy stawiając go samowolnie, bez uzgodnienia tego faktu z władzami gminy Komańcza ani nawet nie informując o tym Związku Ukraińców w Polsce. Z drugiej strony proszę pamiętać, że tablice upamiętniające pomordowanych Polaków na Wołyniu na Ukrainie póki co, nie są niszczone a nawet są to miejsca, o które dbają sami miejscowi. Ale im dalej od Wołynia tym emocje większe. Przywódcy partii nacjonalistycznej Swoboda, co jakiś czas wykopują antypolski topór domagając się chociażby zdjęcia mieczy na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Do dziś nie udało się odbudować kolumnady z powodu sprzeciwów Rady Miejskiej Lwowa, w dużej mierze złożonej z nacjonalistów. Okazuje się, że po jednej, i po drugiej stronie granicy nacjonalizm ma to samo, nietolerancyjne oblicze nawet wobec przeszłości.

My z Magdaleną odpuszczamy sobie wejście na tą intrygującą górę – i dość stromą drogą idziemy w kierunku Przełęczy Żebrak. Im wyżej, tym więcej śniegu a na drodze – lodu. Na samej przełęczy zimno i biało. Pamiątkowa fotka, a dalej już tylko przygoda. Zjazd z wysunięta nogą zamiast hamulca serpentynami w dół to niezatarte wspomnienie. Na zakrętach rzucało mi rowerem, ale na szczęście obyło się bez upadku. W kilka minut znaleźliśmy się w Woli Michowej, w której ze zdumieniem dowiedzieliśmy się, że znajduje się tam cmentarz żydowski. Położony pośród pól, za szerokim w tym miejscu strumieniem był tego dnia nie do zdobycia dla nas. Po za tym byliśmy już zmęczeni więc ruszyliśmy w kierunku Cisnej, pokonując najpierw dość długi podjazd a potem otrzymując w nagrodę zjazd, który niestety ze względu na stan techniczny naszych rowerów nie mógł sprawić nam pełnej radości. Krótki dzień w górach jest jeszcze krótszy, szarzało, gdy oddawaliśmy rowery. Było ciemno, gdy kończyliśmy piwo Leżajsk i niemal noc, gdy gotowy był obiad…

Dzień drugi, 30 grudnia był już bez roweru. Z zakwasami w nogach wyszedłem na ulicę. Dziwnie to brzmi. Postanowiliśmy tym razem zafundować sobie marsz w góry. Wybór padł na Połoninę Wetlińską, chociaż Magdalena proponowała jakieś futurystyczne Bukowe Berdo, Tarnicę i jeszcze nie wiadomo co w jeden, tak krótki dzień! I tak, o godz.11 stopem zajechaliśmy do Brzegów Górnych (dawniej: Berehy Górne). Tam, na styku dwóch podejść pod Połoninę Caryńską i Wetlińską znajduje się zabytkowy, grekokatolicki cmentarz, niedawno odnowiony. W latach 70 – tych ubiegłego wieku część nagrobków wykorzystano do budowy drogi, tzw. obwodnicy bieszczadzkiej. Oburzamy się, że nie dbają o nasze cmentarze na wschodzie. Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień – oto relatywizm historii. Nigdy, przenigdy nie należy jej uczyć tylko z punktu widzenia jednego narodu, w oderwaniu od zdarzeń historii ogólnej.

Nic, my tymczasem kierujemy się pod górę. Już po 10 minutach przekonuję się naocznie a przede wszystkim nanożnie, że zbyt długo po górach nie chodziłem. Sapię i pocę się w tych swoich zimowych ciuchach. Magda idzie dzielnie. Wreszcie szczyt. I widoki, za którymi tęskniłem. Wiatr, przeraźliwie zimny, powietrze, które kłuje w płuca i widoki, które zniewalają. Szybko docieramy do Chatki Puchatka – jedynego schroniska w wyższych partiach Bieszczadów. W latach 50 tych ubiegłego stulecia było ono strażnicą Wojsk Ochrony Pogranicza. To właśnie tu żołnierze mieli wypatrywać nadlatujących amerykańskich balonów ze stonką ziemniaczaną, przy której pomocy ci podli imperialiści chcieli zniszczyć nasze zasoby ziemniaczane! Ludzie w całym kraju biegali po polach i zbierali te owady – dowód ”zbrodni” – do butelek. Kiedyś stonka, a dziś ”ekspertyzy” z puszek po piwie czy rozgotowanych parówek zatruwają umysły co poniektórych Polaków. Historia zatacza koło – w tym przypadku historia głupoty i paranoi.

W schronisku piekielnie zimno. Ściągam przepoconą kurtkę i czuję jak paruję. Siedzę w obłokach pary uchodzących każdą porą mojej skóry i patrzę na Magdalenę, która w swoich okularach z mrożonego szkła wygląda jak królowa śniegu. Abstrakcyjne ceny typu ”HARD” zniechęcają do zakupu nawet herbaty. Po kilkunastu minutach opuszczamy schronisko i maszerujemy na zachód. Jak osadnicy, oni przecież też tam szli. Ścieżka, zwykle zapchana ludźmi była zupełnie pusta. Gdy prowadziła za garbem było całkiem przyjemnie, jednak gdy wychodziła na grań wtedy strasznie wiało. Na Przełęczy Orłowicza postój i konsumpcja wiktuałów przygotowanych przez moją towarzyszkę niedoli. Potem zejście do Wetliny, autostop do Cisnej, do której znów docieramy łapiąc ostatnie promienie słońca. Tego dnia odpuszczamy sobie wyjście dokądkolwiek. Rower z dnia poprzedniego i góry z dzisiaj dają się we znaki, a przecież następnego dnia sylwester! Trzeba się oszczędzać.

I oto ostatni dzień roku! Tak, aby się nie przemęczać zwiedzamy Cisną. Na pierwszy ogień bardzo przyjemna ”Bacówka pod Honem”. Potem wzgórze Betlejemka, gdzie znajduje się kolejny pomnik – relikt minionej epoki poświęcony milicjantom broniącym Cisnej przed banderowcami. Umieszczony na wzgórzu, na którym w tamtych latach był posterunek jest fantastycznie zaprojektowany, jako szaniec, miejsce obronne albo forteca. I dobre miejsce do wypicia taniego wina owocowego marki ”Vinco”, co 15 lat temu czyniłem razem z moimi kolegami. Ech te wspomnienia…

Na pomniku płaskorzeźba ze scenką poddania się ukraińskich banderowców spod znaku tryzuba Polakom. Dalej – wypisane nazwy miejscowości, w których dochodziło do bitew i wreszcie – wysoko niemal tuż pod niebem wielki, piastowski orzeł stylizowany na wzór tego, który wtedy obowiązywał na czapkach.

Na koniec dnia jeszcze znicz na grobie Janusza Zubowa. Niech mu tam, na niebiańskich połoninach będzie jak najlepiej.

 

O samym sylwestrze nie będę się rozpisywał, dość jeśli powiem, że w sali, pod sklepieniem której jest kilkanaście wielkich portretów dawnych zakapiorów bawił się tłum ludzi. Zabawne – wiem kiedy zaczęła się akcja ”Wisła” a nie pamiętam, jak wróciliśmy do domu….

 

Autor: Maciej Szymański

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.