“Bieszczadzkie cztery pory roku. Zapiski z Siekierezady” Rafał Dominik

Siekierezada jest najbardziej znaną w Bieszczadach knajpą, której nazwę na ustach niosą turyści aż z drugiego końca Polski. Wbrew woli właściciela, stała się miejscem “kultowym”, z jednej strony na pewno z powodu nietypowego wystroju, z drugiej – z powodu swojskiego, bieszczadzkiego klimatu. Przewinęło się przez nią wielu turystów, ale jej początki oparte były na stałych bywalcach, pracujących głównie w okolicznych lasach. Jeżeli już pijących, to konkretnie.

Co znajdziemy zatem w książce “Zapiski z Siekierezady”?

Jak pan Bóg przykazał, zapiski zaczynają się od wiosny, jednak zanim przejdziemy do anegdotek zza baru, dostajemy wyraźny przekaz na wstępie. Autor nie chce, by nazywać go zakapiorem, gdyż określenie to ma dla niego raczej pejoratywne znaczenie. Zakapiorzy bywali bowiem bardzo różni i ich działania kojarzyły się raczej negatywnie. Prosi też, by knajpy, której jest właścicielem, nie określać mianem kultowej. Nie szczędzi przy tym dosadnych słów. I już po tym krótkim wstępie wiadomo, że nie będzie lekko.

Autentyczność „Zapisków” miała być na pierwszym miejscu, zrezygnowano więc z zabiegów upiększających i osoby liczące na poważną literaturę mogą być odrobinę zawiedzione. Autor wprawdzie całkiem nieźle poradził sobie z pisaniem, jednak odczuwa się brak solidnej redakcji, planowania czy rozbudowanych opisów. Mimo to, nie jest źle. Jest nawet całkiem dobrze. Książkę złożoną z wielu krótkich historii i anegdotek czyta się szybko. Nie zawsze jest zabawnie, czasem nie wiadomo czy śmiać się czy płakać, ale autor osiągnął swój cel. Przekazał całą prawdę, o miejscu i o ludziach.

„Zapiski z Siekierezady” to zbiór historii z czasów powstawania i funkcjonowania knajpy. To historie ludzi, którzy to miejsce tworzyli dosłownie i w przenośni. Wzloty, upadki. Zachwyty nad przyrodą i wiązanki po łacinie. Dużo radości i ogrom smutku. Picie na wesoło i na smutno. W tej maleńkiej książeczce jest to wszystko. Naturalność, prawda, czasem niezbyt piękna. Ludzie którzy mają wiele wad i jeszcze więcej zalet.

Poziom historii jest bardzo różny, bo każda też jest inna i opowiada o czym innym. Całość jednak wypada dość dobrze. Warto przeczytać „Bieszczadzkie cztery pory roku” dla refleksji nad naszym życiem, czasem żeby się uśmiechnąć a innym razem pokręcić głową z niedowierzaniem. Warto, jeżeli mało komuś „Siekierezady”. I warto dla rysunków Agnieszki Słowik-Kwiatkowskiej. A najbardziej wtedy, gdy zżera nas ciekawość, jak te Bieszczady wyglądają naprawdę.

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.