Być strażnikiem pamięci – wywiad z Szymonem Modrzejewskim ze Stowarzyszenia Magurycz

Cmentarze pełne są ludzi, bez których świat nie mógłby istnieć.

Heinrich Böll, cytat z gazety “Dziennik irlandzki”

Cytat w pełni obrazujący nam, dlaczego należy się szacunek tym, których już nie ma, tym, którzy istnieli, budowali, tworzyli, wychowywali dzieci – kolejne pokolenia, dzięki którym i my możemy mieć swoją świadomość istnienia.

Radziejowa

O historii Bieszczadów dowiadywałam się wiele, czerpałam informacje z wielu źródeł. Najgorsza rzecz, jaka może przytrafić się historii to uwikłania polityczne i zacieranie faktów. Historia – każdy może ją postrzegać inaczej, dlatego kompletnie nie wchodzę w dyskusje, kto, komu i dlaczego.

Odnoszę się z ogromnym szacunkiem do miejsc, którym ten szacunek się należy – do cmentarzy i cerkwisk w Bieszczadach, które są dla mnie symbolem ludzkiej kruchości i przemijania.

Lipie

Odwiedzamy neolityczne grobowce, piramidy, miejsca pochówku na Wawelu, w Egipcie lub w wielu miejscach turystycznie atrakcyjnych – gdzie oprócz informacji, po prostu „robi się kasę”. Tam nie ma znaczenia, czy ktoś był dobrym czy złym władcą, liczy się popularność.

Tymczasem cmentarze rodzimych mieszkańców ziem w Bieszczadach zarastają zielskiem, zapadają się w ziemi, niszczeją nagrobki. Dlaczego? Przecież na każdym cmentarzu jest gdzieś zapomniana mogiła, o której się jednak pamięta, choćby Ci, którzy przyjadą tylko na 1 listopada, Wielkanoc – zapalą świeczkę, uporządkują miejsce spoczynku, czasem osoby zupełnie nieznanej.

Czy wraz z zarośniętymi cmentarzami w Bieszczadach, znikną miejsca, o których chce się zapomnieć lub stara się nie pamiętać?

Tworylne

Zarośnięte cerkwiska odwiedzam od 2005 roku. Ale aż do tego roku, kiedy po raz pierwszy trafiłam na Tworylne ( o którym tylko czytałam i słyszałam) – nie miałam świadomości. Własnej świadomości, którą można było manipulować tak lub siak (zależało, kto i jak barwnie lub mniej barwnie opowiadał).

Tworylne uderza w serce i duszę. Długo nie mogłam pozbierać się, siedząc tam na cmentarzu. Doszła do mnie smutna prawda, że każda wojna, każdy konflikt rodzi nienawiść, zniszczenie, śmierć. A Ci, co leżą w tych mogiłach – poniekąd płacą za to wszystko – niczemu nie winni. Tylko, że oni najbardziej przynależą do tych ziem. Bardziej jak Ci wszyscy „kowbojsko” poubierani. Wszystko powinno mieć wymiar i granice. Pop kultura wyparła kulturę.

cmentarz w Bystrem

Szukając informacji, trafiłam na wspaniałą książkę „Wybór tekstów etnograficznych o dawnej Bojkowszczyźnie Zachodniej” – Grupy Magurycz. Książka kompletnie apolityczna, (co niektórzy jej to przypisują, nie wczytując się w treści). Książka, bez udziwnień, z przypisami i dokumentami źródłowymi. Wspaniała informacja dotycząca kultury i tradycji Bojków.

Dzięki książce, trafiłam do Stowarzyszenia Magurycz i Szymona Modrzejewskiego – człowieka pełnego wiary i pasji.


Spotkałam go na cmentarzu w Bystrem, gdzie wraz z maleńką grupą wolontariuszy remontował sędziwe nagrobki. Zapraszam na ciekawą z nim rozmowę:

Szymon, kleisz ten nagrobek. Ma to sens?

– Jak patrzę na te tu nagrobki, to widzę, że ma to sens, pamięć ma sens, szacunek ma sens. Byliśmy tu, w Bystrem, 30 lat temu. Skoro stoją, to znaczy, że zostały – po remoncie wtedy – zaakceptowane. Dziś jesteśmy tu znowu, bo to, co robimy nie jest wiecznotrwałe. Dziś stać nas na środki i narzędzia, o których wtedy mogliśmy tylko pomarzyć. Wtedy 5 litrów impregnatu kosztowało tyle, co wyżywienie na dwa tygodnie dla kilkunastu osób. Obecnie mamy pieniądze pozwalające na zakup dobrych materiałów, a przede wszystkim wiele nauczyliśmy się przez 30 sezonów społecznych prac na ponad 140 cmentarzach w Polsce, Ukrainie, Gruzji, Bośni i Hercegowinie ..


Jesteś obecnie na cmentarzu w Bystrem, czy nie obawiasz się, że to, co tutaj robicie, nie zostanie ponownie zakrzaczone lub zniszczone?

Wiele cmentarzy, na których remontowaliśmy nagrobki, pozostaje dziś zarośnięta (np. bojkowski cmentarz w Dwerniku czy Lipiu).  Nikt o nie nie dba, co nie zmienia faktu, że dzięki naszej pracy nagrobki na nich trwają. To, co tutaj robimy ma tym bardziej sens, bo są opiekunowie w postaci Oddziału Bieszczadzkiego ToNZ. Czujemy to i jesteśmy pełni wiary, także w to, że na cmentarzu wszyscy są równi, pochowani tu Ukraińcy, Bojkowie w rozumieniu etnograficznym, w istocie nie różnili się od nas szczególnie. Wspiera nas tu także sołtys Michniowca i proboszcz z Czarnej, a także turyści. Wszyscy oni wiedzą jaki jest nasz cel, czym się kierujemy, rzadko spotykamy się z odmową, a fakt że dotację na to działanie uzyskaliśmy od Narodowego Instytutu Dziedzictwa w ramach programu „Wolontariat dla dziedzictwa” dowodzi, że nie tylko my rozumiemy istotę znaków lat minionych, do których należą cmentarze.

Jak sądzisz, czemu są inne postawy ludzi wobec tego, co robicie?

Niewiedza, stereotypy, ignorancja, ale także fakt, że wielu z nas uległo i ulega propagandzie. Większość ludzi nie wie nic o Bojkach, o tym, kto zamieszkiwał te góry przed II wojną światową, przed wysiedleniami i przesiedleniami, kto leży w tych grobach. Część z nich „akceptuje” cerkwie, bo to egzotyczna architektura, ale nie wiedzą nic o ich budowniczych i tych, którym służyły. Przy każdej cerkwi jest cmentarz pełen ludzi, którzy tworzyli te społeczności. O nich się o dziwo nie pamięta. Nie byłoby cerkwi tu, gdyby nie całe pokolenia Bojków. To, co dziś zdaje się być pustką, jest nią tylko pozornie, o czym dobitnie świadczą cmentarze, także te zarośnięte czy wręcz zdewastowane.

Dlaczego według Ciebie tak negowana jest historia tutejszych mieszkańców?

Tak jest wygodniej. Wygodniej, mówić, że Bojkowie to przeszłość, nie mówić o nich w ogóle albo dowodzić, że w sumie to Polacy byli, tylko trochę inni, albo Rusini. Jak mowa o złu, to ono jest ukraińskie, jak mowa o historii to w najlepszym wypadku istnieli Rusini, a najczęściej ludzie, których określa tylko konfesja. Zbyt trudno nam zaakceptować, że owi Rusini to ci, którzy stworzyli Ukrainę, że wśród nich Bojkowie. A to przecież osobna grupa etnograficzna, ukraińska, istniejąca wciąż na wschód od Sanu, mająca swoją tożsamość, tradycję, język, wiarę i kulturę. Swoją od pokoleń historię. Bojkowie nadal istnieją, tyle, że po wysiedleniu z terenów Polski, tworzą swoje tradycje nadal, lecz po stronie ukraińskiej, czyli na wciąż istniejącej tam Bojkowszczyźnie, ale także setki i tysiące kilometrów od niej, od Donbasu po Kanadę. Ci wysiedleni, rozrzuceni po Polsce, tę tożsamość w większości niestety zatracają, bo trauma odrzucenia, odium zastosowania odpowiedzialności zbiorowej, jest wciąż żywe.

Czyli wypieranie kultury Bojków przez nowe? Nowe, co?

Wraz z ludźmi wysiedlono kulturę, a że nie znosimy próżni, to musiało w niej coś zaistnieć i… zaistniało, tyle, że jakość kultury ewoluującej setki lat, a jakość surogatu, dziś „produktu turystycznego”, to wartości nieporównywalne. W istocie propaganda PRL-u zwyciężyła, bo dla wielu Bieszczady czy Beskid Niski to obszary polskie kulturowo, w najlepszym wypadku wielokulturowe, choć kiedy przyjrzy się człowiek statystykom przedwojennym, to raczej należałoby mówić o monokulturze rusińskiej w tej części Karpat i tworzeniu się ukraińskiej świadomości narodowej. We wtórną dzikość i pustkę zachodnich Bieszczadów wpasował się mit legendarnego kowboja, wolnego człowieka z lassem na koniu. Świetny chwyt dla poszukujących swobody, atrakcji i adrenaliny w tak wyludnionym miejscu.  Niestety większość nie ma świadomości, bo i po co (?), że kowboj to także symbol unicestwienia kultury Indian Ameryki Północnej, kowboj zabijał, dyskryminował, grabił. Porażająca zbieżność. Wyparcie, wyrzucenie z pamięci kultury rodzimych mieszkańców przez pop-kulturę, której osią stała się później „zakapiorszczyzna”. Niech istnieje sobie na potrzeby marketingowe regionu, nic nie poradzę na to, że jest dla wielu atrakcyjna, choć płytka. Ale należy zachować umiar. Umiar w tym, co uznajemy za tożsamość tych ziem, a co za populistyczne działanie. Mity współczesnych Bieszczadów, nie powinny wypierać historii i tego, co wciąż jest obecne, namacalne, ba, atrakcyjne. Historia i pamięć to cenne – wedle mnie – wartości, a o naszym poziomie świadczy umiejętność akceptowania inności, różności i różnorodności.

Bystre

Czyli ludzie nie maja świadomości historycznej tego miejsca?

Oczywiście, że nie i trudno się temu dziwić, kiedy serwuje się im papkę w miejsce rzeczowej informacji, prostej informacji, zupełnie jakby oddanie prawdy było jakimś niebezpieczeństwem, może i jest, ale tylko dla słabej tożsamości. Większość, tak ok 90% turystów, widzi tylko piękne góry z „zakapiorami”, „biesami”, „czadami” i „janiołami” w tle, przeszłość pozostaje „zaczadzona”.  A jak już coś o Bojkach, to: „placek po bojkowsku”, którego nigdy żaden Bojko na oczy nie widział. Kuchnia bojkowska? Mięso? Bojków kuchnia była prosta i nieskomplikowana, złożona głównie z ziemniaków, mąki, kapusty, kaszy i wyrobów z mleka krowiego, owczego i koziego, a mięsa od święta. Trudno się temu dziwić, bo czyta człowiek tablice poświęcone historii wsi w takim Smolniku n/Sanem, Dwerniku czy Chmielu i nie dowie się z nich niczego (sic!) o Bojkach.

Spotykasz się z hasłem, że jesteś nacjonalistą?

– Niezupełnie, choć i to się zdarzyło, za to bardzo często jestem groźnym Ukraińcem, Niemcem albo Żydem, zależy, na jakim cmentarzu pracujemy. Od początku akcji „Nadsanie” (1987 r.), z której w 1997 r. wyrosło Stowarzyszenie Magurycz, przypisywano nam wiele ideologii i dziwacznych intencji. Tymczasem my chcemy, może zabrzmi to górnolotnie, być strażnikami pamięci, tu pamięci bojkowskiej, ukraińskiej. Czy to można nazywać nacjonalizmem? Wielu ludzi nie potrafi zaakceptować tego, że tworzenie tożsamości jest procesem długotrwałym. Tutaj ten proces został gwałtownie przerwany, a budząca się ukraińskość utożsamiana jest wyłącznie ze złem. Oponentom polecam przyjrzeć się procesowi tworzenia się tożsamości polskiej.

To skąd te antagonizmy?

Konflikt rodził się latami, rzec by można niezauważalnie. Sięga daleko dalej, dawniej niż nam się zdaje, ściśle kilka wieków przed nami. Potem znalazł ujście, tragiczna historia, którą niestety tylko niektórzy znają. Przyzwyczailiśmy się, że to co w granicach Rzeczypospolitej to nasze, polskie , a tymczasem Rzeczpospolita w istocie była państwem wielu narodów, nie tak znowu tolerancyjnym jakbyśmy chcieli to widzieć. Jest nam niezmiernie trudno uznać, że nie tylko my mamy prawo do tożsamości, zwłaszcza, kiedy rodzi się ona w granicach tego, co uznajemy za „nasze”. Zadziało się zło, po jednej i po drugiej stronie, a zło rodzi zło. Mechanizm się nakręca. Staram się poprzez swoje, nasze działanie udowodnić, że można niekonfliktowo współistnieć i rozumiejąc mechanizmy nie powtarzać błędów przodków, choć historia uczy, że – niestety – nikogo i niczego nie nauczyła. Wedle mnie Ukraina, Ukraińcy, nie są dla nas żadnym zagrożeniem i warto, abyśmy uczyli się sąsiadować i pamiętali, że to nie jest kwestia rachunków, które nie sposób policzyć. Współpracujemy z organizacjami polskimi i ukraińskimi. Dbamy o cmentarze tutejsze, bojkowskie, dbamy o cmentarze polskie po stronie ukraińskiej. Można? Można. Tutejszy sołtys dowozi nam wodę niezbędną do pracy, z własnej, nieprzymuszonej woli, a jest potomkiem przesiedleńców w ramach Akcji H-T. Zapewne mógłby powiedzieć, że niczego nie zrobi dla ukraińskiego dziedzictwa, ale najwyraźniej rozumie jak to jest, kiedy bliscy pochowani są w jakimś innym kraju, za granicą. Na cmentarz polski w nieistniejącej Hucie Pieniackiej wodę dowieźli nam Ukraińcy…

Piękne cerkwie to dziedzictwo narodowe. Grupy turystów je odwiedzają, często oprowadzane przez przewodników. Wszyscy korzystają na tej kulturze. Dlaczego więc, nie ma wsparcia, by pamięć o rodzimych mieszkańcach była również dziedzictwem?

Właśnie, „narodowe” znaczy tu nasze, krajowe, a niekoniecznie polskie, zamki krzyżackie też są dziedzictwem narodowym, choć nie zbudowali ich Polacy. Wrzucamy wszystko do jednego worka. UPA, Akcję „Wisła”, wszystko, co – nomen omen – pali.  Ukraińcy utożsamiani są wyłącznie ze złem, a Rusini zdają się być bardziej neutralni i mało, kto zastanawia się nad tym, że kategorie czy miary, którymi mierzymy przeszłość są nieadekwatne, bo sto i mniej lat temu kwestia tożsamości narodowej nie była przedmiotem rozważań większości społeczeństw. Przewodnicy zarabiają pieniądze, ale nie przekazują faktów.  Architektura jest piękna, ale jej twórcy nie zasługują na nazwanie. To nieświadome podsycanie antagonizmów i uprzedzeń. Bywa, że przewodnik potrafi o potomkach wysiedlonych powiedzieć „ruscy”… Nie pada przy tym ani jedno słowo, że przy tej cerkwi, na tym cmentarzu leżą pochowane pokolenia Bojków, Ukraińców. Większość katolików modli się na cmentarzu za bliskich. Tutaj pochowanych pomija się milczeniem, jakby tych ludzi nigdy nie było, a cerkiew postawiona była dla ozdoby krajobrazu.

Cerkiew w Bystrem

Skąd, więc tyle uprzedzeń do Bojków?

To właśnie jest zastanawiające, chyba ze strachu (?), a ten jest złym doradcą. Neofici „kresowi”, którzy często dowodzą, jaką „arkadią” były czasy minione – ja ich rozumiem, z perspektywy dworu wszystko było piękne, jednak z perspektywy służących temu dworowi, świat nie był taki piękny – są bardziej zajadli w tępieniu historii, niż Ci, którzy faktycznie ucierpieli. Znam ludzi, którzy przeżyli, jako dzieci, mordy obopólne, Polaków i Ukraińców. Oni nie są tak zajadli, mimo że przed oczami wciąż mają tragedię własnych rodzin, swoją tragedię. Rzadko w ich postawach widać chęć odwetu, ale współcześni czyniąc z byłych mieszkańców Bieszczadów jakąś bezkształtną rusińską masę, zwiedzioną na manowce przez ukraiński nacjonalizm, eliminują prawo owych Rusinów do samostanowienia, którym to prawem tylko nieliczni byli zainteresowani. Można sobie zadać pytanie, ilu z nas dziś działa konkretnie na rzecz poprawy rzeczywistości, a ilu dba wyłącznie o byt własny i swoich rodzin? Otóż większość z nas dba o swoje w bardzo wąskim rozumieniu i tak też było w międzywojniu i zawsze. Innymi słowy nie należy się dziwić, że spora część Bojków nie zastanawiała się nad tym czy ich kulturze bliżej do polskiej czy ukraińskiej, bo takie rozważania nie były im potrzebne, żeby wspiąć się codziennie na połoninę Małej czy Wielkiej Rawki, dla nich zwykłą łąkę, skopić siano, żeby poprawić strzechę czy pojechać na targ do Lutowisk sprzedać woła.

Odnawiasz i odnawiasz po raz wtóry te nagrobki, wracasz w miejsca gdzie już byłeś?

Nie tyle odnawiam, co odnawiamy, sam zrobiłbym niewiele, ściśle: mało. Magurycz to suma zaangażowania setek osób, dobrych, czułych i pracowitych ludzi. Działamy bardziej efektywnie niż 30 lat temu, suma doświadczeń i umiejętności daje szansę, ze jak coś zrobimy, to będzie to znacznie trwalsze. Wracamy na cmentarze, na których już byliśmy, by zachować jak najwięcej i bardziej niż kiedyś zabiegamy o udział lokalnych społeczności, bo tylko one mogą zapewnić stałą opiekę na cmentarzami. Warto wracać także, dlatego, że dziś więcej osób widzi wartość w dziedzictwie, nawet, jeżeli to dla nich „tylko” wartość komercyjna.

Szymon, czemu to wszystko robisz?

To dla mnie bardzo osobista historia, związana z budowaniem własnej tożsamości. Miałem 17 lat, kiedy natknąłem się na zniszczony nagrobek Hrycia Buchwaka w Berehach Horysznich (dziś Brzegach Górnych), kamieniarza-samouka, który wykonał go sam dla siebie. Został po nim ślad zapisany w kamieniu. Znając rosyjską cyrylicę ze szkoły, umiałem przeczytać inskrypcję ukraińską. Wystarczyło żebym zrozumiał, że tam leży człowiek. Jako nastolatek wówczas, zbuntowany, biegający po Bieszczadach z plecakiem, przeżyłem rodzaj wstrząsu. Nie chcę koloryzować tego, ale coś się wówczas stało i miało wydźwięk osobisty. Bardzo przeżyłem śmierć swojego dziadka, który zmarł, gdy miałem 14 lat. Nie potrafiłem pogodzić się z jego śmiercią, nie dopuszczałem myśli, że go nie ma do tego stopnia, że nie byłem na pogrzebie. Nagrobek Hrycia stał się niejako nagrobkiem dziadka. Wtedy zacząłem porządkować cmentarz w Berehach, odkrzaczać, w sumie nic poza tym nie umiałem. Znacznie starsi znajomi widząc moje zabiegi wręczyli mi „Połoniny 1985” (wydawnictwo SKPB Warszawa) – i otworzyły mi się oczy, dowiedziałem się o Bojkach. Mnóstwo informacji zupełnie innych od przebiegu szlaków, nowych. Dzięki tym samym znajomym poznałem Stanisława Krycińskiego, „Stasinka”, który zorganizował pierwsze prace społeczne na cmentarzach bojkowskich w Bystrem i Michniowcu. Dostałem młotek kamieniarski do ręki, dano mi możliwość sklejenia kamieni. Móc przywrócić czemuś na pozór nieistniejącemu istnienie… niesamowite przeżycie. Poznałem wspaniałych ludzi, a przede wszystkim Janusza Smazę, wtedy magistra, dziś profesora specjalizującego się w konserwacji rzeźby kamiennej.


Jakie masz obecnie największe problemy?

W tej chwili z wolontariuszami. Mam wrażenie, że kultura obrazkowa wypiera chęć realnego działania. Dość ciężko zaszczepić obecnie chęć pracy społecznej. Ten obóz Magurycza jest bardzo ubogi w wolontariuszy. Ubolewam nad tym, ale nie martwię się za bardzo, bo są lata lepsze i gorsze. Prace wykonywane podczas obozu mają charakter całkowicie społeczny i w istotny sposób przyczyniają się do rozwoju wrażliwości na sztukę mniejszości narodowych, zarówno uczestników obozu, jak i społeczności obecnie zamieszkujących te tereny. Mają na celu budowanie szeroko pojętej tolerancji, bezinteresowności i zachowaniu cząstki ginącego krajobrazu kulturowego, a tym samym duchowego.

Ile cmentarzy odnowiliście?

Nie liczę, bo rzecz nie do końca w liczbach, ale wiem, że ponad 140 w czterech krajach, a to nieco ponad 2600 nagrobków, do tego dodać należy krzyże przydrożne, przydomowe, śródpolne, kaplice, jedną dzwonnicę i jedną kostnicę, ale także nasze archiwum, które liczy około 130 tysięcy zdjęć dokumentujących nasze prace, sztukę sepulkralną i małą sakralną architekturę przydrożną. Reanimacja obszarów sacrum, a siłą rzeczy krajobrazu kulturowego, który współtworzył różnorodny i przez to tak bogaty krajobraz Karpat, wskazuje na wartości, które są dla nas wyjątkowo cenne.

Na koniec, jakim kierujesz się celem?

Idea Magurycza jest całkowicie społeczna i bezinteresowna. Nasz praca ma na celu ocalenie i ochronę obszarów sacrum, śladów wieloetnicznej kultury Beskidu Niskiego i Bieszczadów. Idea nasza jest apolityczna i nie ma podłoża religijnego czy narodowego. Celem obozów- warsztatów, jest przede wszystkim remontowanie, ale i inwentaryzacja sztuki sepulkralnej, krzyży, kapliczek, pozostających bez opieki, na terenach zamieszkiwanych głównie przez Ukraińców (w tym Bojków i Łemków), Żydów, Polaków, Cyganów i Niemców. Współistnienie i współodczuwanie to słowa-klucze do zrozumienia naszych intencji i przekonań. To nasz obowiązek wobec pokoleń ludzi, którzy tu żyli.

Szymon, bardzo dziękuję za rozmowę i mam nadzieje, że praca w kamieniu okaże się dużo lżejsza niż przekonanie wielu ludzi, do dobra, które starasz się czynić.

Patrząc na żmudną pracę Szymona, Olgi, zastanawiałam się, dlaczego tworzy się tyle zamieszania i hałasu nad podsycaniem nienawiści, karmieniem się złem. Tymczasem Ci ludzie w ciszy i skupieniu, nie patrząc na antagonizmy –oddaja swoją pracą cześć i szacunek pokoleniom ludzi, którzy stworzyli piękno kulturowe tego regionu.


Zastanawia mnie fakt braku wolontariuszy. Mało pasji i atrakcji w dłubaniu w kamieniu? W odnowie i stawianiu zmurszałych nagrobków? Postawieniu upadłego krzyża? A może tak jak Szymon, musi ktoś nadepnąć na zapadły nagrobek, by uzmysłowić sobie, że nasze tu i teraz jest bardzo ulotne, że warto jednak po nas cos zostawić? Bez polityki, bez antagonizmów i uprzedzeń. Tak zwyczajnie po ludzku.

Lidia Tul-Chmielewska

 

1 Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.