“Dla mnie Bieszczady to ludzie” – wywiad z reżyserem programu “Przystanek Bieszczady”

Grzegorz Dębowski – absolwent PWSFTViT w Łodzi na Wydziale Reżyserii Filmowej i Telewizyjnej. Pierwszy film stworzył w wieku 16 lat. Od tego czasu pracował już przy wielu produkcjach, między innymi na planie oscarowej „Idy” czy wielokrotnie nagradzanego „Jesteś Bogiem”.

Rozmawiamy na temat jego najnowszego projektu, serialu dokumentalnego „Przystanek Bieszczady”, który Grzegorz Dębowski reżyserował.

Dzień dobry, bardzo dziękuję za możliwość rozmowy. Na początku chciałabym spytać, czy jest to pana pierwsza wizyta w Bieszczadach czy może przed kręceniem Przystanku bywał pan tutaj wcześniej?

Bywałem, ale tylko jako turysta. Potem, gdy byłem w szkole filmowej w Łodzi, swój film licencjacki robiłem we wsiach podrzeszowskich – Lubenia i Straszydle („Z życia strachów polnych”), dlatego w regionie Podkarpacia już dawno się zakochałem. Natomiast w samych Bieszczadach byłem kilka razy z plecakiem i zawsze ciekawiło mnie to, jak żyją miejscowi ludzie, jednak z perspektywy turysty ciężko do tego świata wejść. A pod pretekstem robienia serialu mogliśmy się bardzo do tych ludzi zbliżyć. Z wieloma z nich się zaprzyjaźniłem, odwiedzam ich cały czas i zamierzam odwiedzać, dopóki nie będą mieli mnie dość. (śmiech)

Czyli jak będzie następny sezon to chętnie pan przyjedzie?

Zobaczymy. Bardzo cenię ten świat i darzę tych ludzi jakąś taką wielką, ludzką miłością. Nie wiem natomiast, czy chciałbym całe życie ich filmować, wolałbym raczej trochę z nimi pożyć.

A jak chodzi o widoki i krajobrazy, to czy jest takie miejsce w Bieszczadach, które najbardziej się panu spodobało, najbardziej pan je zapamiętał?

Widoki same w sobie to może nie… Nie ma takiego punktu, przy którym stanęliśmy i westchnąłem: „jak tu pięknie”. Natomiast podczas reżyserowania, w produkcji telewizyjnej, filmowej, zawsze jest stres, czas i zawsze są konflikty, jakieś małe kłótnie w ekipie – i w Bieszczadach fajne było to, że można było się odwrócić i przez pięć minut patrzeć na te góry, lasy, multum śniegu – jak to było przy drugiej serii – i człowiekowi przechodziła ta złość, stres. To było fajne.

Na pewno super – nie tyle widokiem, co przeżyciem – było kręcenie w zimie (mówię teraz o drugiej serii akurat, bo obecnie w TV można obejrzeć trzecią, jesienną). Był grudzień, kręciliśmy na Smereku kilka epizodów. Jak przyszła taka ostra zima, to naprawdę tam pracowaliśmy razem z nimi, mając śnieg na wysokości klatki piersiowej – to było fajne wspomnienie. Z tego co pamiętam, w tym momencie nie byłem zadowolony, że stoję po szyję w śniegu i jest minus 25 stopni, ale teraz wydaje mi się to jednym z fajniejszych przeżyć.

Fot. Bartosz Krupa/East News. Przystanek Bieszczady 2017.

Ale przede wszystkim… dla mnie Bieszczady to ludzie. Tutaj jest cała magia, nie w widokach. Od ludzi słucha się tych wszystkich opowieści, o tym jak było, jak jest. Same widoki są piękne, natomiast takie prawdziwe Bieszczady są w tych ludziach i opowieściach, które w sobie mają. I może to jest fajne, że trzeba sobie zasłużyć, żeby niektórych opowieści wysłuchać i do niektórych ludzi się zbliżyć. Bieszczady nie są jakimś kolorowym, komercyjnym Disneylandem, gdzie za ileś złotych dostaje się wszystko. Trzeba sobie zasłużyć na to, żeby te Bieszczady jakoś odkryć, to jest bardzo fajne, że „nie ma lekko”.

Wiadomo, że na pewno najlepsze widoki miał Piotr Bobula ze swojego szybowca. Natomiast gdy Zygmunt z wypału w Stężnicy opowiedział kilka historyjek ze swojego życia, to było to dużo ciekawsze niż ten widok z samolotu nawet.

No tak, ci ludzie mają wiele ciekawych opowieści w zanadrzu i dużo wiedzą na temat historii tego regionu. A propos właśnie ludzi, chciałabym spytać, jak w ogóle dotarliście do bohaterów programu. Czy były jakieś castingi, czy może „pocztą pantoflową” dowiadywaliście się o kolejnych osobach?

Tutaj moja rola była słabsza, bo dołączyłem do produkcji, gdy już ci bohaterowie byli w zasadzie wybrani i zatwierdzeni przez stację. Natomiast sam proces – ale to już znam z opowieści – wyglądał tak, że nasza firma produkcyjna szukała osób chętnych. Spotykano się z różnymi drwalami, wypalaczami, reprezentantami tych zawodów, które nas interesowały, i przedstawiano im na czym polega praca przy programie, czego byśmy oczekiwali, że są kamery i będziemy ich filmować… Niektórzy się zgodzili. Z tym, że nasza firma wybierała tych najbardziej kolorowych, największe osobowości, a potem stacja zatwierdzała te wybory lub nie. Samo Discovery miało ostatni głos. Podejmowano decyzję, kto będzie, a kto nie. Natomiast, w skrócie, to była forma castingu na bohatera, tylko że osoby, które ten casting robiły musiały przejeździć całe Bieszczady i przebić się przez tą pierwszą granicę braku zaufania, o której wcześniej wspominałem.

Fot. Bartosz Krupa/East News. Przystanek Bieszczady 2017.

Rozumiem, mam zatem jeszcze jedno pytanie dotyczące bohaterów i samego miejsca. Osoby, które grają w serialu są amatorami, natomiast Bieszczady to dość trudny teren. Jak wyglądała zatem praca na planie?   

Myślę, że takim najciekawszym „problemem” przy kręceniu serialu tego typu, w takim miejscu jest to, że Bieszczady to inna czasoprzestrzeń. To znaczy, że grupa ludzi z Warszawy przyjechała z kamerami i oczekiwała, że od razu przystąpimy do kręcenia, no bo przecież na co tutaj czekać, trzeba działać, terminy gonią, produkcja rządzi się swoimi prawami i na nic nigdy nie ma czasu, a z drugiej strony grupa drwali  mówi : „Dobra, dobra, ale najpierw herbata i mówcie co tam u was?”. To było zderzenie jakichś dwóch światów. I raczej to my się musieliśmy przystosować do nich, ale to była fajna rzecz. Czasem wstawaliśmy o 4.30 i jechaliśmy na herbatę, żeby przez godzinę pogadać – bo bez tej rytualnej herbaty nie grało nic. Tutaj najważniejszy jest człowiek. Pytali: „Jak się czujesz?” i dodawali: „Kamera nie ucieknie, pogadamy, pokręcimy, ale najpierw usiądź, powiedz co u ciebie”. Ale to nie był problem, to było takie śmieszne zderzenie dwóch światów. I piękna lekcja życia z ludźmi.

No tak, z jednej strony terminy, deadline’y, a z drugiej „najpierw herbata, kamera nie ucieknie”.  

To był urok tak naprawdę. To było fajne. Dużo nauczyłem się od naszych bohaterów. To były tego rodzaju spotkania, które zmieniają czasem całe twoje podejście do życia.

A jak z warunkami pogodowymi? Bo mówił pan, że trafiliście na okropną zimę…

Przy drugiej serii, ale ona nie była okropna, to była najpiękniejsza zima jaką przeżyłem. Natomiast była to zima bogata w mrozy typu minus 30 stopni i masę śniegu, tym bardziej że jeżeli na zrywkę się jechało gdzieś w górę, np. na Smerek, to wtedy tego śniegu było jeszcze więcej. Czasem z niektórymi epizodami było tak, że dostanie się do miejsca, gdzie mogliśmy kręcić zajmowało nam pół dnia, a drugie pół dnia mieliśmy na to, żeby filmować. Często dostać się gdzieś to był problem.

Czyli przygód nie brakowało?

Może nie tyle „przygód” co „zdarzeń” typu: auto, które nie może gdzieś wyjechać czy też akumulator, który wysiada na mrozie, kamery, które przestają działać bo jest zbyt zimno i zbyt mokro, tak ogólnie było całe mnóstwo. To wszystko co kręciliśmy… na przykład ciągnik, który nie odpala bo jest mróz – to samo działo się z naszą elektroniką. Tak naprawdę „making of” byłby podobny do programu.

Może kiedyś powstanie.

Może lepiej nie… (śmiech)

A jest coś, co szczególnie pana zaskoczyło? Jest wiele stereotypów o Bieszczadach, stąd pytanie czy było coś odbiegającego od tych stereotypów czy jednak wszystkie się potwierdziły?

W sumie nie znam chyba stereotypów o Bieszczadach. No bo jaki jest stereotypowy Bieszczadnik? Nie ma takiego, każdy jest inny i na swój sposób wyjątkowy.  Czytałem sporo książek o Bieszczadach, ich historii, i nie miałem jakiegoś zderzenia z rzeczywistością, albo że coś mnie zaskoczyło. Ale to może kwestia nastawienia. Na pewno nie można oczekiwać, że to są te same Bieszczady, o których śpiewał Wojciech Młynarski. Bieszczady zmieniły się wraz ze zmianami w Polsce oraz z mnóstwem ludzi, którzy tutaj przyjechali, kupili ziemię i domy…

Dużo prawdy o Bieszczadach zapisał Jerzy Janicki w swoich opowiadaniach i scenariuszach filmowych. To było dekady wstecz, ale czasem jeszcze ten klimat można odnaleźć. Na pewno mit o uciekaniu w Bieszczady już dawno odszedł w niepamięć, bo Bieszczady nie są już „końcem świata” na który można uciec (chociaż brak zasięgu w telefonie nadal często się zdarza i to jest bardzo dobre), ale nadal jest to jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce, a może i nie tylko.

Fot. Bartosz Krupa/East News. Przystanek Bieszczady 2017.

Może jedyna rzecz, która mogła mnie negatywnie zaskoczyć, to ta strona turystyczna. W sensie, że ta cała magia Bieszczadów pojawia się dopiero wtedy, gdy się człowiek odwróci plecami do głównych dróg, do tych sklepów i pamiątek… Żeby zobaczyć te prawdziwe Bieszczady trzeba zejść ze szlaków, na które wchodzi każdy turysta i przywitać się grzecznie z drwalami, napić się herbaty na wypale… Ta powierzchowna strona Bieszczad nie jest aż tak cudowna. Ilość możliwości turystycznych i różne atrakcje komercyjne to nie jest coś, co mi się podoba. Podoba mi się wszystko to, co widać, gdy się odejdzie pare kroków od tego, co stworzono pod turystów, wtedy się zaczynają te lepsze Bieszczady. Dlatego im więcej ktoś pięknych książek przeczytał o Bieszczadach, tym dalej powinien się zapuszczać w las, w miejsca gdzie nie ma kasy z biletami za wejście na szlak, a ceną za zwiedzanie jest szacunek dla przyrody i drugiego człowieka.

Fot. Bartosz Krupa/East News. Przystanek Bieszczady 2017.

Pięknie powiedziane. Czy po tym wszystkim wyobraża pan sobie „rzucić wszystko i przyjechać w Bieszczady” na stałe, czy raczej tylko okazjonalnie?

Tak, jak najbardziej na stałe. Jak kiedyś będzie możliwość, to chciałbym sobie kupić ziemię i zamieszkać tutaj. A póki co bardzo chętnie będę wracał, również ze swoimi autorskimi projektami filmowymi.

Zatem tego panu życzę i bardzo dziękuję za wywiad.

Marta Kusz

 

A dziś wieczorem zapraszamy Państwa przed telewizory, o 22 na Discovery Channel trzeci odcinek serialu “Przystanek Bieszczady” 🙂

1 Comment
  1. Bardzo ciekawe pytania i odpowiedzi. O samym programie dotąd nie słyszałam, jednak wydaje się na tyle ciekawy, że z przyjemnością zerknę.

Leave a Reply

Your email address will not be published.