“Dzikie pola socjalizmu, czyli kowbojskie Bieszczady” Andrzej Potocki

Sięgając po tę książkę, kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Początek sugerował bardziej komedię niż dramat, jednak im dalej w las…

Kiedy po akcji „Wisła” tereny Bieszczad prawie doszczętnie opustoszały, a granice kraju zostały już ostatecznie uchwalone, zaczęto ten obszar ponownie zaludniać. Sprowadzono tutaj repatriantów z okolic Sokala i Krystynopola, współczesnej zachodniej Ukrainy, chłopów z Małopolski i Mazowsza. Duża część ludzi przybywała tutaj z własnej woli, mamiona wizją dobrobytu, jaki pozostał po wysiedlonych, przydziałem ziemi i domami gotowymi do zamieszkania. Niestety, tylko obiecane kilka hektarów ziemi okazało się prawdą.

Pierwsi odważni, przybywający jeszcze w trakcie akcji przesiedleńczej, zastali chyże kryte strzechą, z uklepaną w ziemi podłogą i bez choćby prowizorycznego pieca, pełne robactwa a czasami z martwymi zwierzętami w środku. Pola obsiane przez poprzednich właścicieli zdarzały się, jednak rzadko i najczęściej gnębiła je zaraza. Trzeba było ogromnego wysiłku i samozaparcia, by w Bieszczadach zostać i przeżyć.

Tytuł książki to jednak „Kowbojskie Bieszczady” i wątek ten świetnie autor opisuje. Bowiem, gdy już odgórnie, z Warszawy, ustalono by w ten region zainwestować w jedyny możliwy sposób, czyli w hodowlę bydła, potrzebni byli do ich wypasania „kowboje”. Jednak co to za historia bez złych charakterów? Żadna. Zatem po drugiej stronie barykady pojawili się beskidnicy, inaczej tołhaje. Żyjący z tego co zagrabili, ukradli, przemycili. Odniesień do Dzikiego Zachodu jest więcej, warto jednak poznać je już u źródła.

Cieszę się, że trafiłam na „Dzikie pola socjalizmu”, ponieważ jest to potężna dawka wiedzy o okresie najczęściej pomijanym lub opisywanym pobieżnie. Autor zgromadził wiele materiałów, z gazet, dokumentów, filmów i wypowiedzi mieszkańców, i zebrał je wszystkie w bardzo przystępną całość, okraszoną świetnymi zdjęciami i grafikami. Co warto podkreślić, książkę czyta się z ogromną przyjemnością. Jest po prostu dobrze napisana; przez osobę, która oprócz ogromnej wiedzy posiada też dobry styl, wyczucie i dar opowiadania.

W tej publikacji Bieszczady są dokładnie takie, jakie znam z opowieści rodzinnych. Pełne ciekawych osobowości, ale przede wszystkim ludzi, którzy żadnej pracy się nie boją. Jest wielu kombinatorów, krętaczy, złodziei, ale jeszcze więcej ludzi, którzy zrobili coś z niczego. Legend, takich jak Victorini, czy Jędrek Połonina. Jest o turystach, którzy przyjechali na chwilę i takich, którzy zostali na stałe, zakochani w tutejszych krajobrazach.

I chociaż „więcej w Bieszczadach wypijano wódki niż uzyskiwano ropy z kopalni w Czarnej”, ziemia była nieurodzajna, a drogi żadne, to trudno jest się w nich nie zakochać ponownie, po przeczytaniu wypowiedzi ludzi, którzy zamieszkali tu na stałe. Zdecydowanie polecam książkę „Dzikie pola socjalizmu…” każdemu, kto interesuje się historią tego regionu.

Warto ją przeczytać.

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.