Ewa i Marcin Scelina – bieszczadzcy leśnicy z krwi kości

Ewa i Marcin Scelinowie są leśnikami z krwi i kości, las i przyroda to ich życiowy wybór, którego nie żałują. Marcin jest gospodarzem jednego z bieszczadzkich leśnictw, zaś Ewa przez wiele lat zajmowała się tropieniem żyjących tutaj żubrów. Marcin pochodzi z Leska, zaś Ewa przywędrowała w Bieszczady ze świętokrzyskiego. Wraz z dziećmi mieszkają w samotnej leśniczówce, w niezamieszkanej dolinie Rabskiego Potoku.

–  Pytanie do Ciebie, Ewo, czy perspektywa wyjazdu w Bieszczady i zamieszkania w takim odludnym miejscu nie przeraziła Cię?

–   Wybrałam studia leśne nieprzypadkowo i całkiem świadomie pragnęłam pracować w tym zawodzie, chociaż decydując się na taki kierunek kształcenia nigdy nie zakładałam, że będą to Bieszczady. Podczas nauki poznałam Marcina (obecnego męża) i tak zaczęła się moja życiowa przygoda z Bieszczadami. Miejsce, w którym mieszkamy i jego otoczenie są fantastyczne. Nigdy wcześniej nawet nie marzyliśmy, że los się tak do nas uśmiechnie i dostaniemy „z przydziału” piękną leśniczówkę w otoczeniu lasów.

– Jak długo tu mieszkacie?

– W sumie będzie to 5 lat. Lokalizacja tej leśniczówki jest wręcz idealna. Jest tu na tyle dziko, że czujemy, iż faktycznie mieszkamy w sercu lasu, a z drugiej strony wcale nie jest stąd tak daleko do „cywilizacji”. Kilka kilometrów stąd leży Baligród, nieco ponad 20 km Lesko, więc z dostępem do służby zdrowia, urzędów i do większych sklepów też nie ma problemu. A to ważne, szczególnie w naszym przypadku, gdy ma się małe dzieci. Mimo tych kilku spędzonych tu lat, ciągle odkrywamy w pobliżu leśniczówki coś nowego, zarówno z przyrody, jak też elementów historycznych. Ostatnio nasza mama na spacerze znalazła pozostałości dawnego pieca hutniczego.

– A Ty Marcinie, byłeś bardzo zdolnym studentem, czy nie kusiła Cię perspektywa pozostania w Krakowie i  praca na uczelni?

–  Tak, jeszcze podczas studiów oraz przez jakiś czas po ich zakończeniu myślałem o tym całkiem poważnie. Ale życie potoczyło się tak, że wróciłem w rodzinne Bieszczady i otrzymałem pracę w swoim zawodzie. Teraz już za żadne skarby nie chciałbym zamieszkać i pracować w dużym mieście. Powiem inaczej, bycie na co dzień w Bieszczadach – w otoczeniu dzikiej przyrody – nawet ułatwia pracę badawczą, mogę na co dzień, podczas wykonywania swojej pracy w terenie, łączyć naukę z praktyką. Przez cały czas zresztą, utrzymuję kontakt z osobami ze świata nauki. Chętnie tu przyjeżdżają, pytają, rozmawiają, są bardzo ciekawi jak ma się teoria wykładana na uczelniach do tego co naprawdę dzieje się w naturalnym lesie. Przez to nasze miejsce na ziemi poznaliśmy bardzo wielu ciekawych ludzi – nie tylko ze świata nauki – którzy tu zawędrowali w poszukiwaniu ciszy i dzikości.

 – Często macie kontakt z dzikimi zwierzętami, z których słyną Bieszczady?

– Ta dolina do doskonała ostoja dla dużych drapieżników. Widywaliśmy tu żbika, rysia, wilki, ale też mieliśmy – dosłownie pod samym domem – małego niedźwiedzia. Była akurat wczesnowiosenna zamieć śnieżna, patrzymy przez okno, a tu misio podchodzi do naszych uli. Na nasze podwórko zawędrował także żbik. Kilka razy zdarzyło się, że widywaliśmy odciśnięte kocie łapy, bardzo nas to zdziwiło ponieważ nie mamy w domu kota – jest tylko pies. Więc kiedyś postanowiliśmy to dokładnie sprawdzić i okazało się, że to ślady pozostawione przez dużego dzikiego kota – żbika. Niedawno, prawie dosłownie przed naszym domem, przebiegły dwa dorosłe żubry – byki, czyli samce.

– A jakieś ciekawe gatunki ptaków?

    – Też, często prawie pod samą leśniczówką słyszymy i widujemy puszczyki uralskie, to jedne z największych europejskich sów, które bardzo licznie występują w naszych lasach. Są tu również sóweczki, to z kolei najmniejsze sowy na naszym kontynencie, dość rzadkie zresztą w Polsce. Kiedyś też przed naszym domem odzywała się inna rzadka sowa – włochatka. W tutejszych lasach gnieżdżą się również bardzo rzadkie gatunki dzięciołów – białogrzbiety i trójpalczasty. W sąsiedniej miejscowości Bystre jest rewir orłów przednich. Często obserwujemy je, gdy siedzą „na czatowniach” lub gdy krążą podczas słonecznej pogody. Z ciekawostek przyrodniczych dodam jeszcze (mówi Marcin), że na naszej jabłoni, posadzonej obok domu, rosną rzadkie gatunki porostów nadrzewnych – brodaczki. Ich występowanie jest dowodem na bardzo czyste powietrze, jakim tu na co dzień oddychamy.

– Czy w związku z tym, że tak często obok Waszego domu pojawiają się dzikie drapieżniki, nie boicie się o swoje dzieci?

– Nie, zupełnie nie. Dzieci widziały już z bliska żmiję, bo była w piaskownicy, gdy się bawiły. Już wiedzą,

że trzeba być ostrożnym, nie dotykać jej, nie nadeptywać, bo sama nie ukąsi bez powodu. Dzieci zresztą uwielbiają las, a ich ulubione miejsca zabaw to pobliski potok i gołoborze. Nie narzucamy im tego w co mają się bawić, same często pytają: Kiedy pojedziemy do lasu, zawieźć sól na lizawkę dla zwierząt?

– Pojawiłeś się Marcinie jakiś czas temu na ogólnopolskiej antenie telewizyjnej w programie „Las bliżej nas”, jak do tego doszło?

– Nie jesteśmy całkiem odcięci od cywilizacji, mamy dostęp do internetu, na naszym podwórku działa nawet WI-FI, stąd jestem aktywny na facebooku i często tam pisuję, jak też współprowadzę bloga dla naszego nadleśnictwa. Zostaliśmy zauważeni przed producentów telewizyjnych i zaproponowano nam udział w nagraniu 10 odcinków programu. W założeniu miał on propagować zrównoważoną gospodarkę leśną, ale w przystępny i przyjazny sposób. Była to bardzo ciekawa przygoda dla mnie, ponieważ już wcześniej miałem okazję do występowania w telewizji, ale nie w takiej częstotliwości w ramach ogólnopolskiej cyklicznej audycji. Tyle, że też czasowo było to bardzo absorbujące, szczególnie że zawodowo pracuję na pełnym etacie.

– A czy planowana jest jakaś kontynuacja tego programu, który jak wiem cieszył się dużą oglądalnością?

– Tak, ma być kręconych kolejnych 12 odcinków, tyle że tym razem w różnych częściach Polski. Ostatnie trzy będą nagrywane u nas, w Bieszczadach.

– W ostatnich dwóch latach w Waszej dolinie powstało szereg nowych obiektów turystycznych. Co o tym sądzicie, czy nie będzie to burzyć Waszego „sielskiego życia” tutaj?

– Przeciwnie. Powstanie tych nowych obiektów dla turysty, to po części nawet nasza inicjatywa. Nie chcemy się zupełnie odcinać od ludzi. Mieszkając tu zauważyliśmy, że sporo turystów wjeżdżało do tej doliny, ale nie wiedziało jak można dalej aktywnie spędzać tu czas i poznawać przyrodę. Często także podjeżdżali pod naszą leśniczówkę i pytali o różne praktyczne informacje. Uznaliśmy, że zdecydowanie lepiej będzie, jeśli dolina Rabskiego Potoku będzie dostępna dla odwiedzających, ale najlepszym sposobem będzie „skanalizowanie” ruchu turystycznego. Stąd też dzięki ścisłej współpracy z władzami nadleśnictwa powstały tu wiaty, miejsce ogniskowe, obszerny parking, całoroczne schronisko oraz liczne mostki, kładki, a także dobrze oznakowane trasy spacerowe o różnym stopniu trudności – włącznie z bardzo popularny dojściem do „Jeziorka Bobrowego”.

– A czy mimo wszystko turyści za często nie opuszczają znakowanych szlaków?

– Zdecydowana większość nie. Jesienią podczas grzybobrania mamy tu czasem istny najazd zbieraczy, szczególnie gdy pojawią się rydze, które czasem można tu zbierać dosłownie workami. Większość osób nie oddala się jednak od dróg i szlaków bardziej niż na 100-300 metrów, to w obawie przed wilkami i niedźwiedziami.

– Wiem Ewo, że często samotnie wędrowałaś po lasach, tropiąc żubry, czy w związku tym nie miałaś jakichś niebezpiecznie bliskich spotkać z dużymi drapieżnikami?

 –   Owszem, czasem zdarzało się, ale nie powiedziałbym, że były to groźne spotkania, może bardziej chodziło o zaskoczenie po obu stronach – moje i dzikiego zwierzęcia. Wiele razy spotykałam podczas wędrówki świeże tropy niedźwiedzi, ale nic złego się nie działo. Raz jeden, pamiętam, myślałam że w potoku jest jeleń, a jak się okazało była to niedźwiedzica z młodym. Wycofywałam się bardzo szybko, a zwierzęta zostały w spokoju. Miałam też wiele spotkań z biegnącymi wilkami, ale zawsze odchodziły w swoją stronę, nie czułam z ich strony żadnego zagrożenia.

Dziękuję Wam za poświęcony czas i rozmowę i życzę dalszych udanych „bezkrwawych łowów” w dolinie Potoku Rabskiego.

Rozmawiał: Grzegorz Sitko.

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.