LIDIA TUL-CHMIELEWSKA

Pierwszy aparat fotograficzny w ręce miałam tak dawno, że nie pamiętam, kiedy to było. To był stary rosyjski Zenit. Oczywiście należał do mojego ojca i używany był tylko na wyjątkowe okazje. Uczyłam się  w ciemni wywoływania zdjęć. Pamiętam jak suszyliśmy je z tatą na żyłkach, a potem oglądaliśmy te czarno-białe fotografie…

Następnie zabawa była w slajdy do rzutnika.

Teraz w świecie cyfrówek i komórek to brzmi po prostu jak z Archiwum X.

Moja prawdziwa przygoda z aparatem rozpoczęła się od prezentu, jaki dostałam od męża – Nikona. I zostałam już wierna tej marce. Początkowe pstrykanie, „co popadło” przez lata ewoluowało. Stałam się bardziej wybredna i uważna. Wybrane zdjęcia wywołuję i zamykam w albumach, których mam kilkadziesiąt. To taki dawny nawyk – by mieć zdjęcie jednak wywołane.

13 lat temu pierwszy raz przyjechałam w Bieszczady i nieodwracalnie zaraziłam się chorobą, którą pieszczotliwie nazwałam „bieszczadozą” . Nie zliczę ile razy bywałam w Bieszczadach, od 5 lat mieszkam tutaj na stałe.

To, co mnie otacza w tym regionie, napawa mnie takim twórczym entuzjazmem, ze dzień bez zdjęcia – to dzień stracony. Nauczyłam się tutaj cieszyć każdą trawką i kwiatkiem, widokiem chmurki na niebie, czy zachodem słońca.

Bieszczady to nie tylko panoramy, to także materialna kultura i architektura. Uwielbiam fotografować cerkwie  oraz miejsca gdzie kiedyś były. Utrwalam na fotografiach obszary po nieistniejących wsiach, dzikie i całkowicie bezludne miejsca.

Jednym zdaniem: tak je widzę, tak je kocham, tak je fotografuję!