Kapelusze i Zakapiory – fenomen czy mit?

Niech żyją nam Zakapiorskie Bieszczady…

Tymi oto słowami Mirosław Welz, poeta, zdefiniował obraz bieszczadzkiego Zakapiora. Prawda, fałsz czy jednak obecnie bardziej – mit?

Przyjeżdżający w Bieszczady turyści, spotykają często ludzi w kapeluszach (skórzanych oczywiście), często zarośniętych i „dziwnie” ubranych. Słyszałam określenia: „super”, ale także „przebierańcy”. Zastanawiające jest jednak to, że te postacie, jako barwne zjawisko, wpisały się już w krajobraz Bieszczad. To swoista subkultura i egzotyka tego regionu.

Słysząc słowo „zakapior” wielu kręci nosem, że to przecież inaczej menel, zbój, łobuz, osoba skłonna do zaczepek. Prawdopodobnie ma to swoje odwołanie, do lat 60-tych w Bieszczadach, gdzie, zwabieni pracą i możliwością osiedlenia się (wyludnione obszary po Akcji Wisła), przybywali różni ludzie, czasem z marginesu społecznego. Byli to zwłaszcza mężczyźni, którzy tutaj zaczynali wszystko od nowa: budowali drogi, kopali studnie, walczyli z trudnościami i surowym klimatem. Osadnicy Ci, często za jedyną atrakcję tutaj mieli alkohol, a co za tym idzie – różne z tym związane przypadki.

Jedni nie wytrzymywali trudu życia tutaj, inni przetrwali i dla przyszłych osadników pomału stawali się legendą za życia. Skoro wytrzymał tutaj, w tym surowym i nieprzyjaznym miejscu – musi być twardy chłop. Więc ci, którzy gdzieś tam byli często (choć nie zawsze) wyrzutkami społeczeństwa – tutaj na nowo zaczynali życie i na domiar tego stawali się bohaterami w tych stronach. Kto chciał pracować, dostawał pracę. Ale jednak osamotnienie i nie do końca ochota zmierzenia się z tą ciężką pracą – sprzyjały do szukania innych, troszkę łatwiejszych możliwości zarobkowania. Więc, byli tacy, co zajęli się runem leśnym (dobrze płatnym), rzeźbieniem czy włóczęgostwem. I do tej masy ludzkich rąk, we wczesnych latach 70-tych w Bieszczady dotarli nowi osadnicy, skuszeni urokiem, tajemniczością i wolnością tych stron. Byli to często ludzie zakładający rancza, osady hipisowskie i wolne enklawy tych, co chcieli żyć inaczej. Kiedy w 1959 roku wszedł na ekrany film „Rancho Texas”- Bieszczady zostały wykreowane na polski Dziki Zachód.

Przestrzenie, jakie tutaj były, znikome zaludnienie – stwarzały ogromną pokusę, by zaczerpnąć niczym nieograniczonej wolności. Wtedy to pojawiły się kapelusze, noże przy pasie, spodnie wpuszczone w cholewy butów i obowiązkowo koń.  Doszła do tego broda, bądź, chociaż wąs. I tak przeobrażała się ta postać kowboja i drwala – w zupełnie inną.

Powstała postać „zakapiora” – zrodziły się zloty zakapiorskie, potem nazywane „zlotami leśnych ludzi”. Powstała pewna społeczność, która jedynie przy takich okazjach, spotykała się tak licznie w jednym miejscu. Początkowo były to spontaniczne spotkania, potem stało się to swojego rodzaju „show”. Jednak ci „starzy” bieszczadnicy – nadal spotykali się i spotykają by ze sobą zwyczajnie pogadać. Jest ich coraz mniej, co roku ubywa kogoś, zostają puste miejsca na ławkach. Pojawiają się nowsi, skuszeni swobodą i „innym” życiem, – którzy stawiają bardziej na wykreowanie zakapiorskiego wizerunku.

Jedno jest obecnie pewne, że obecny „Zakapior” – obowiązkowo musi mieć kapelusz. Ponadto często są to ludzie, którzy osiedlając się w Bieszczadach, kultywują mit swobody, wolności czynu i słowa. Ci ludzie czerpią źródło swoich inspiracji z przyrody i piękna Bieszczad. To wbrew częstemu wizerunkowi, – jaki sobie nadają – ludzie wrażliwi i delikatni, uzdolnieni artystycznie. Utrzymują się tutaj z działalności artystycznej, oraz właśnie z wizerunku „Zakapiora”.

Kiedyś Zdzisław Pękalski (artysta – rzeźbiarz z Hoczwi) powiedział, że: nigdzie słowo Zakapior” nie brzmi tak dumnie jak w Bieszczadach. To człowiek, który szuka wolności, wytwór kulturowy i ewenement.

O zakapiorach napisano książki, wiersze, śpiewa się piosenki. Są nazewnictwem nieoderwalnie związanym z Bieszczadami, choć spotyka się to z krytyką. Inni bezpiecznie wolą mówić o sobie, że nie są zakapiorami, ale „bieszczadnikami”, lub „leśnymi ludźmi”, (choć tych żyjących z lasu lub w lesie właściwie już nie ma). Wielu zajęło się hodowlą koni, które kochają, prowadzą stadniny i nauki jazdy konnej. Coś w nich pozostało z tego “dzikiego zachodu”.

Zakapiorskie klimaty – wciąż intrygują turystów, – bo generalnie do nich skierowana jest ta legenda. Często pod rondem kapelusza kryje się jednak już nie „zakapiorska” twarz. Ci prawdziwi, których tutaj życie doświadczyło, często pozostają samotni, gdzieś, w ostępach i ustroniach Bieszczadów.

Spotykają się z okazji zlotów, czy tez spotkań bieszczadników, nie dla „fleszy”, lecz by pobyć zwyczajnie ze sobą.

Można zastąpić słowo „zakapior” słowem – bieszczadnik, artysta, kowboj. Jedno jednak jest pewne, że legenda „zakapiorskich Bieszczadów” – trwa i długo będzie jeszcze trwała, nierozerwalnie łącząc się z wizerunkiem „człowieka w skórzanym kapeluszu”.

“Zakapiorskie Bieszczady” – Mirosław Welz

Niech żyją nam Zakapiorskie Bieszczady

Niech żyją nam i niech szczęście im sprzyja

Niech nikt im dzisiaj nie wchodzi w paradę

Gdy z kumplami siadają do picia

Rzuć turysto choć groszy parę

W ten kapelusz, co leży na zydlu

Zakapiorskie piosenki najlepiej rozpala

Rozlewany pod stołem spirytus

Czasem któryś pod ławę się zwali

Czasem pęknie struna naderwana

To są tutaj w Bieszczadach zwykłe ludzkie sprawy

Gdy chłopaki się bawią do rana

Czasem któryś do nieba odleci

Znormalniało kilku po odwyku

Reszta także już lata blisko świecy

Stary nalej jeszcze po kielichu

Noc się kończy za oknami świta

Czas już w drogę szeroką daleką

Żona chlebem nikogo w domu nie przywita

Coraz trudniej się bywa poetą

 

Lidia Tul-Chmielewska – „nie zakapior”, – ale czasami w kapeluszu

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.