Kim ja jestem – Marian Hess

„Życie moje jest książką, zaczyna się i kończy….”

Tymi oto słowami rozpoczyna się książka „Kim ja jestem” Mariana Hessa.

Czy wiemy kim był Marian Hess?

Człowiek, który osiadł na ziemi bieszczadzkiej – etnograf i rzeźbiarz, pasjonujący się miejscowymi podaniami i zwyczajami. Ponad dwadzieścia lat mieszkał w Dwerniku. Urodził się w Polanie w 1941 r., od 1968 r. zamieszkał na stałe – ponownie w Bieszczadach. To twórca barwnej regionalnej legendy o Biesach i Czadach, która następnie służyła mu, jako inspiracja do twórczości. Wokół jego domu istniała ekspozycja rzeźb, odwiedzana m.in. przez harcerzy, dla których rzeźbiarz opowiadał o kulturze regionu. Został odznaczony orderem „zasłużony działacz kultury” przez polskie Ministerstwo Kultury i Sztuki w 1984 roku i “zasłużony Bieszczadom”. W 1997 roku przeprowadził się do Niemiec. W 2005 roku ukazała się jego pierwsza książka, w 2007 roku została przełożona na język niemiecki. Do ostatnich dni życia mieszkał w Krefeld w Westfalii i tworzył rzeźby inspirowane lokalnymi podaniami o Gnomach i Koboldach.

Zbigniew Maj, redaktor naczelny czasopisma „Bieszczady Odnalezione”, tak mówi o Marianie Hessie:

(…) Wiele osób, które zaangażowane były w tworzenie współczesnego wizerunku Bieszczadów, pozostaje dzisiaj w cieniu. O wielu już się nie pamięta. Ich miejsce zajęli dziwacznie, jak na te strony, ubrani ludzie, którzy w młodości zapewne naoglądali się filmów w Dzikim Zachodzie. Coraz mniej osób wie, kim był ….. Marian Hess, czy Zofia Roś, zwana „Babcią Rosiową”. Nie pamięta się też o ludziach, którzy przybyli tutaj w latach 50-60. XX w. To dzięki nim te góry stały się dostępne dla szerokich rzesz turystów, również zmotoryzowanych. Niektórzy z nich zostali i mieszkają tutaj od kilkudziesięciu lat. Są skarbnicą wiedzy o Bieszczadach, zarówno o przyrodzie, jak i ich najnowszej historii. Ich miejsce zajęli tzw. zakapiorzy, ludzie, spośród których większość nie ma nawet cząstki tej wiedzy i doświadczenia. Przyczyniły się do tego publikacje pojawiające się od ponad dwudziestu lat, promujące Bieszczady w stylu zakapiorskim.

Niestety o Marianie Hessie ciężko jest zdobyć informacje. Czasy, kiedy żył w Bieszczadach, były ciężkie i praktycznie „nieturystyczne” na taką skalę jak obecnie. Był człowiekiem, jednym z wielu, którzy wydzierali dzikiej przyrodzie, kawałek po kawałku, swoją przyszłość. Żyło się wtedy nie na pokaz, nie dla popularności, ale dla przeżycia. Mariana Hessa wyróżniało jedno – pasja. Pasja wiedzy, życia i przyrody.

Książka ma charakter opowieści-pamiętnika, ale bez konkretnych dat. To niesamowicie pasjonująca opowieść o człowieku, który zmagał się z trudem życia, w naprawdę dzikich Bieszczadach. Nieprzychylnych, bezludnych miejscach. Gdzie przyroda walczyła z człowiekiem o każdy kawałek ziemi. Nie był „kowbojem”, bo to było modne, lecz jeździł konno, wypasał bydło – taka była jego praca. Ciężka, czasem wręcz niebezpieczna.

Jak pisze w swojej książce:

“…na ogół ludzie zakładający rodziny decydują się na formę łatwiejszą, zapewniającą bezpieczeństwo, zwłaszcza finansowe, a piękno natury poznają tylko na urlopach. Wybrałem przygody, trudności, a zarazem radość z pięknych i niezapomnianych momentów, które na zawsze pozostaną w moim sercu i pamięci. Swoją fascynującą młodość zawdzięczam żonie. Temu, że zgodziła się na wybranie takiego, pełnego problemów i trudnych sytuacji życia….”

W Bieszczadach powtarza się często legendę o Biesach i Czadach. Twórcą tej legendy był właśnie Marian Hess. Legenda, którą stworzył to efekt wielu rozmów, które autor przeprowadził z wieloma starszymi ludźmi. Sam pisze:

„..wróciłem do legend i zbieractwa, ponieważ czułem, że w pewnym sensie jest to moje dziedzictwo, …urodziłem się na tej ziemi i spędziłem na niej później najpiękniejsze lata mojego życia. Jestem tej ziemi wiele winny….”

Córka Mariana Hessa – Anna, tak pisze o ojcu:

„Legendy i podania bieszczadzkie zebrane przez naszego tatę stały się wspólną własnością ludzi zamieszkujących ten południowo-wschodni zakątek Polski. Dzięki rzeźbom, legendom i wytrwałości w ich gromadzeniu mieszkańcy Bieszczadów wiedzą, skąd wzięła się nazwa tej pięknej ziemi.”

Postać Mariana Hessa, jego charakterystyczne rzeźby oraz specyficzny wystrój domku, który wybudował własnymi rękoma, możemy jedynie zobaczyć na krótkim filmie na stronie Kronika RP

A oto legenda:

“Bardzo dawno temu, kiedy kraina gór, lasów i połonin była bezludna i dziewicza, panował na niej Zły-Bies. Z postaci był podobny do człowieka, choć większy i rogaty. U ramion miał wielkie nietoperzowe skrzydła. Zły był zazdrosny o swoją ziemię i nie chciał z nikim się nią dzielić. Jako absolutny władca nie pozwalał dłużej się zatrzymywać w tych górach ani pasterzom, ani kupcom. Pewnego razu przywędrowało tu z daleka plemię, któremu przewodził młody, silny i mądry San. Dzika kraina spodobała się przybyszom. Postanowili osiąść tu na stałe. Zbudowali chaty i założyli wieś nad największą rzeką. Nie mógł znieść Bies, że zakwitło życie w jego dotychczas bezludnym królestwie – rozgniewany, przeszkadzał przybyszom, jak tylko mógł. Tam, gdzie wykarczowali drzewa, sadził nowe, do zagród z owcami wpuszczał wilki, na poletka napędzał dzikie zwierzęta, aby tratowały zbiory. Ludzie zaczęli narzekać, ale San urzeczony pięknem tej krainy, tak ją pokochał, że postanowił wytrwać i innych zachęcał, by nie uciekali porzucając domy i dobytek. Bies gdy przekonał się, że nie może tych twardych ludzi pokonać w pojedynkę, stworzył sobie pomocników – Czadów. Wyczarował ich tyle, ile starych drzew w lesie. Były to pokraczne ludziki, ruchliwe, psotne i wesołe – szkodziły ludziom, ile tylko mogły. Na rozkaz Biesa ze złośliwą uciechą rozganiały pasące się na połoninach bydło, tańczyły w zbożu niszcząc wszystko, co było zasiane ludzką ręką. Straszyły dzieci w kołyskach, budziły ludzi spoczywających po ciężkim dniu pracy, dosypywały gospodyniom piasku do zupy, chowały drwalom siekiery. Złośliwe były i przebiegłe, wyliczanie ich „sprawek” mogłoby jeszcze trwać. Życie plemienia stało się jeszcze cięższe. San poprzysiągł, że pokona złe siły.

           Pewnego dnia, kiedy w lesie pracował dłużej niż najsilniejsi drwale, po ścięciu starego buka usłyszał krzyk, a potem cichutkie jęki i skargę wydobywającą się spod ciężkiego pnia. Gdy San pochylił się, zauważył pokracznego Czada przywalonego drzewem, proszącego o darowanie życia. Dobry San uwolnił Czada. Wdzięczny za ocalenie duszek wyznał, że on i jego bracia nie lubią czynić zła, ale są do tego zmuszani przez Biesa. Teraz, kiedy przekonał się o wspaniałomyślności ludzi, postanowił nie tylko im nie szkodzić, ale pomagać. Obiecał, że jako najstarszy w rodzie namówi do tego swych braci. Odtąd te małe stworzenia polubiły ludzi i pomagały im, jak tylko umiały. Pilnowały i zabawiały swymi psikusami dzieci, chroniły domy, pokazywały drogę w lesie, rozśmieszały nawet najbardziej nieszczęśliwych, rąbały drzewo do pieca. Ludzie odwdzięczali im się miseczką mleka i dobrym słowem.

           Sielanka nie trwała długo, bo wnet dowiedział się o sprzeniewierzeniu swych pomocników pan tej ziemi – Zły Bies. Zwołał wszystkie Czady i zapowiedział, że albo będą trzymały z nim, albo je unicestwi tak samo jak je stworzył. Przerażone Czady przybiegły do Sana – chciały żyć, a nie chciały szkodzić ludziom. Podczas długiej narady najstarszych i najmądrzejszych członków plemienia Czady podały sposób, jeden jedyny, przy pomocy, którego można zwyciężyć Złego. Pokonać go może najsilniejszy z ludzi i tylko o świcie, kiedy Bies odpina czarodziejskie skrzydła i pozbawiony czarodziejskiej mocy kąpie się w najpłytszym miejscu najszerszej rzeki tej ziemi. Bez skrzydeł nie może czynić czarów, ale i tak jest ponadludzko silny. San przemyślał radę Czadów i wezwał Biesa na pojedynek o poranku, kiedy czarodziejskie skrzydła leżały na brzegu rzeki. Bies roześmiawszy się złośliwie na widok człowieka z toporem stającego mu naprzeciw, nie próbując nawet sięgać po nietoperzowe skrzydła, ruszył do walki. San i Bies zmagali się od świtu do zmroku. Człowiek słabł coraz bardziej, a Bies zdawał się nie czuć zmęczenia. Na brzegu walkę śledziło całe plemię i wszystkie Czady.

           Kiedy Bies zrozumiał, że znalazł godnego sobie przeciwnika i przerażony myślą, że może przegrać, spróbował schwycić i przypiąć magiczne skrzydła. Wtedy to stary Czad, odwdzięczając się Sanowi za uratowanie życia, wrzucił je do rzeki. W tym momencie San walczył już ostatkiem sił. Dziwny czar tkwił w diabelskich skrzydłach, rzeka zyskała całą moc Biesa. Woda nagle wzburzyła się i zmętniała. Wartki, pienisty nurt porwał obu przeciwników.

           Zatonął w rozszalałej rzece Bies, który nie umiał pływać, ale i nie uratował się, osłabiony walką, San. Gdy następnego dnia wody opadły, na dnie rzeki ludzie znaleźli splecione ze sobą w śmiertelnym uścisku dwie postacie. Oddając hołd odwadze i waleczności swego wodza, osadnicy nazwali jego imieniem wielką rzekę. I w ten sposób pozostał – tak jak tego pragnął – dzielny San na ziemi, którą pokochał. Góry, przez które przepływa ta rzeka, nazwali Bies-Czadami, od imienia ich złego władcy i psotnych duszków.

            Podobno Czady można spotkać tu i dzisiaj, ale że i starych drzew, w których dziuplach mieszkają, jest już mniej, to i duszki te spotyka się rzadziej. Czady czuwają nad pięknem tej polskiej krainy. Na wędrowców rzucają słodki czar, który sprawia, że nie można zapomnieć jej uroku.”

Dlatego też w Bieszczady przyjeżdża się tylko raz, potem się tylko wraca.

Tą piękną legendę opartą na kanwie autentycznych ludowych podań stworzył właśnie Marian Hess.

Obecne Bieszczady w niczym już nie przypominają tej ziemi z lat 60-tych. Gdzie jedynym środkiem transportu był koń – jeśli się go oczywiście posiadało.  Niewiele osób mówi o Marianie Hessie, lub w ogóle nie wie, kto to był. Opowiada się legendę o Biesach i Czadach, bez osoby twórcy. Tymczasem właśnie tacy ludzie jak jej autor, przeszli największy trud związany z osiedleniem się na ziemi Bieszczadzkiej, po masowych wysiedleniach stąd mieszkańców. Ziemia, przyroda były nieprzychylne nowym osadnikom. Wielu z tej drogi rezygnowało. Ci, którzy przetrwali, to prawdziwy Bieszczadnicy, którzy zostali poniekąd usunięci w cień, nie opowiadają bowiem „bajek” na temat życia w Bieszczadach. Bo i po co? Przeżyli twardy odcinek swojego życia. Nie muszą być „modni” i „sławni”.

I jak wielu – odchodzą w zapomnienie.

Niestety.

Lidia Tul-Chmielewska

* wszystkie fotografie pochodzą z książki autora – zdobycie ich z prywatnych zbiorów graniczy z cudem

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.