Nowy Jork Karpat czyli Ursa Maior

Dziś gościmy w Bieszczadzkiej Wytwórni Piwa Ursa Maior – to z pewnością jeden z najciekawszych pomysłów na Bieszczady na przestrzeni ostatnich lat. Naszymi rozmówcami są szefujący przedsięwzięciu Agnieszka Łopata oraz Andrzej Czech.

Rozmawia Grzegorz Kubal.


Grzegorz Kubal: Pierwsze pytanie. Dlaczego…

Andrzej: Ale uprzedzam Cię jeszcze raz, że my się nie nadajemy do wywiadów…

Ok. Damy radę. Dlaczego właśnie Bieszczady?

Aga: Bo są fajne!

Andrzej: Dlatego że pomimo ogromnych możliwości, tak naprawdę niewiele się tu dzieje. Postanowiliśmy zatem coś zrobić. W zakresie usług jest to prawie pustynia. Zwłaszcza w sferze usług stanowiących jakąś sensowną propozycję urozmaicenia wolnego czasu. Naszym zdaniem w regionie istnieje nisza, którą można jakoś sensownie zagospodarować. I to właśnie próbujemy robić.

Jeśli chodzi o piwo – było dla nas jasne, że ta nisza jest szczególnie duża. Najbliższy browar rzemieślniczy, który proponuje coś ciekawego jest bardzo, bardzo daleko stąd. Tak więc piwo jest dla nas wyborem oczywistym.

Czyli wierzycie, że Bieszczady mają potencjał, skoro zdecydowaliście się tu zainwestować…

Andrzej: Oczywiście, że region ma potencjał. Bieszczady są po prostu specyficzną propozycją. Tak naprawdę albo się tu jeździ, łazi, albo – jak pada deszcz – to najzwyczajniej w świecie siedzi i… pije. I być może słusznie, być może właśnie w tym tkwi piękno tych gór…

A pije się niestety – wszystko jedno co. Cokolwiek, byle szumiało w głowie. I gada się o jakichś pierdołach. I to jest właśnie – wbrew pozorom – ten potencjał. Mamy bowiem do czynienia ze zjawiskiem, które można zmienić, które wręcz trzeba zmienić. Proponując właśnie coś innego.

Czyli wysoko oceniacie szanse rozwojowe Bieszczadów?

Aga: Bardzo wysoko. Gdybyśmy nie wierzyli w te szanse, to przecież nie podejmowalibyśmy tej inwestycji.

Ale Bieszczady to dla Was nie tylko miejsce do inwestowania, ale też miejsce, do którego zdecydowaliście się wrócić…

Aga: No nie, nikt tu nie wracał.  Przecież mieszkamy tu ponad 10 lat.

No tak, ale przed tymi 10 laty opuściliście duże miasto i postanowiliście…

Aga: Ale to absolutnie nie dla tej inwestycji…

Wiadomo. Wybraliście jednakże Bieszczady nie tylko biznesowo, ale i prywatnie. Jako Wasze miejsce do życia. Dlaczego zatem Bieszczady – także prywatnie…?

Andrzej: …

… a teraz przerwa dla klienta.

(rozmawiamy w sklepie Esencja Karpat i zawieszamy rozmowę na czas obsłużenia klienta).

Andrzej: Mieszkaliśmy w Krakowie i zaczęło się nam tam robić… nudno generalnie. Odbiła nam szajba i postanowiliśmy realizować inne rzeczy – właśnie tutaj. Zaczęło się od rancza, a skończyło na tym pomyśle…


Jesteście dość nietypowymi mieszkańcami Bieszczadów, zwłaszcza jeśli chodzi o wykształcenie. Aga jesteś doktorem ochrony środowiska..

Aga: Doktorem inżynierem.

A przepraszam, pominąłem…;) A Ty jesteś doktorem biologii i osobą aktywną na polu ochrony środowiska.

Andrzej: No tak…

Stąd Fundacja Przyroda Karpat?

Andrzej: Też…. Wiesz, ja po prostu uważam, że jedynym walorem Bieszczadów jest przyroda.

Jedynym? Chyba jednym z…

Andrzej: Jedynym. Bo co jeszcze? Kuchnia? Jej nie ma. Nie istnieje. Co najwyżej jest dopiero odtwarzana…

A klimat wielokulturowy?

Andrzej: Tu nie ma żadnego klimatu wielokulturowego. Jest mieszanina, tygiel. To tak, jakby powiedzieć, że Nowy Jork jest wielokulturowy. Jeśli użyjemy tu takiej paraleli, to Bieszczady są takim Nowym Jorkiem, tylko trochę wyludnionym…

Masz od razu piękny tytuł (śmiech) – Bieszczady Nowym Jorkiem Karpat.

I stąd pomysł na fundację, a wcześniej na ranczo Eco Frontiers?

Andrzej: Chcieliśmy stworzyć miejsce dla alternatywnej turystyki. Dla tych, którzy cenią klimaty ekologiczne, bliskie życie z przyrodą, niezależność energetyczną. Ranczo stało miejscem, w którym wiele osób po raz pierwszy w życiu zobaczyło gospodarstwo zasilane wyłącznie energią odnawialną – produkowaną na miejscu ze słońca i wiatru.

A teraz realizujecie kolejny pomysł – wytwórnię piw. Ale najpierw był blog Piwowarki Agi…

Aga: Nie, najpierw było piwo domowe. Warzone w domu, potem udział w konkursach a potem blog. Historia Piwowarki Agi po prostu, ale ona jest do przeczytania już w tylu miejscach…

Ale tu poprosimy specjalnie dla nas i w skrócie…

Aga: W skrócie… Dobra.

Historia Piwowarki Agi zaczęła się w 2009 r. podczas buszowania w jakimś sklepie internetowym na potrzeby zakupów… winiarskich. Ale ostatecznie zamiast kupić zestaw do robienia wina domowego, nabyłam taki zestaw do robienia piwa. Piwa w puszce. I zrobiłam to piwo zgodnie z instrukcją i… udało się. Potem zrobiłam jeszcze jedno i potem kolejne… Jedno z kolejnych wysłałam na konkurs piw domowych w Żywcu w 2009 r. i tam wygrałam jedną z kategorii. Był to niespodziewany ale bardzo duży sukces, jest to bowiem największy w Polsce konkurs piw domowych. I tak mnie wciągnęło… Sukces przewrócił mi  w głowie (śmiech).

A potem pojawił się blog, propagujący kulturę picia piwa i łączenie go z jedzeniem…

Odzew był nadspodziewanie duży, przy okazji miałam wiele zapytań o to, gdzie można kupić to piwo. A ponieważ piwa domowego nie można sprzedawać, stąd pojawił się pomysł na stworzenie profesjonalnej wytwórni piwa, gdzie będzie powstawać piwo wg moich receptur.

Zdecydowanie warto tu podkreślić sformułowanie „kultura picia piwa”… Zarówno blog Piwowarki Agi, jak i wytwórnia piw mają – nie ukrywajmy – wyraźne cele edukacyjne…

Aga: Na pewno tak. Wielu ludzi cały czas dziwi fakt, że spośród siedmiu różnych rodzajów piw, które tu sprzedajemy, każde jest w zupełnie innym stylu. I to już jest wielki szok. Chcemy więc pokazywać klientom, że piwo to nie tylko „eurolager”,  który dominuje na półkach sklepowych i obojętnie jakiej byłby firmy, posiada praktycznie taki sam smak.

Pragniemy przekonać jak najwięcej osób, że piwo to prawdziwe bogactwo różnych smaków, rozmaite style i receptury, podawane w różnym szkle, pasujące do całej gamy potraw. I faktycznie masz rację, że jest to aspekt edukacyjny.

Andrzej: Ludziom otwierają się tutaj oczy na prosty fakt, iż różnica w etykiecie nie musi oznaczać tylko różnicy w etykiecie, tak jak na półkach w zwykłym sklepie. Ale może wskazywać także na różną zawartość butelki.

Jeśli kogoś zainteresował temat piwa z Bieszczadzkiej Wytwórni, to gdzie może je znaleźć?

Andrzej: Wszędzie, generalnie wszędzie. W całym kraju, w dobrych sklepach z piwami. I w tych pubach, które posiadają ciekawszą ofertę piw z browarów rzemieślniczych. Na oko będzie to ok. 100 punktów rozsianych w całym kraju.

A z czym mieliście największy problem? Raczej nie z samym piwem…?

Aga: Nie, raczej z przepisami. Zarówno związanymi już z samą inwestycją, prowadzoną przecież na działce, która kiedyś była działką rolną, aż po dopuszczenie piwa do sprzedaży. Było to na pewno duże przedsięwzięcie formalne. Od zawiązania spółki do rozpoczęcia budowy minął rok, poświęcony na dokumenty i formalności. Sama budowa trwała kilka miesięcy…

Ale myślę, że każdy, kto chce robić coś takiego gdziekolwiek na świecie, musi przejść przez tego rodzaju procedury, choć może w Polsce są one nieco bardziej zagmatwane…

Wróćmy do funkcji mniej komercyjnych. Ursa Maior to nie tylko piwo, to także oferta kulturalna…

Andrzej: Oferujemy nie tylko możliwość zwiedzenia działającej wytwórni piwa, ale także miejsce, w którym można wziąć udział w przedsięwzięciu kulturalnym, a przy okazji napić się prawdziwego piwa, lanego prosto z beczek. Najświeższego, jakie istnieje.

Brzmi to wszystko niezobowiązująco, ale tak naprawdę Ursa Maior Hall jest poniekąd instytucją kulturotwórczą… Macie jakąś – że tak to ujmę – wizję swojej misji na niwie kultury?

Aga: Generalnie będziemy robić swoje. Organizować imprezy na w miarę możliwości jak najwyższym poziomie…

Najważniejsza sprawa to różnorodność. Będą to koncerty rockowe, bluesowe, jazzowe, ale także spotkania z ciekawymi ludźmi, promocje książek, pokazy gotowania.. I oczywiście degustacje piwa. A w lecie koncerty plenerowe.

Na koniec pytanie o to, co trzeba zmienić w regionie, aby przyśpieszyć jego rozwój? Może jest to bardziej pytanie o sugestię dla innych, Wy swoje przecież robicie…

Aga: Najprościej rzecz ujmując: przyjeżdżający tu ludzie musza mieć co robić. W różnych warunkach pogodowych i w różnych miesiącach.

Obsługa turystów powinna też być bardziej profesjonalna, brakuje przewodników ze znajomością języka angielskiego czy innych języków. Na pewno nie jest zadowalająca dostępność tak prostych i oczywistych rzeczy jak np. sanitariaty czy parkingi. Mamy piękne cerkwie, ale nie bardzo wiadomo jak je zwiedzić, nierzadko nie ma przy nich gdzie zaparkować, brakuje sanitariatów. Proste rzeczy ale kluczowe, turyści są bowiem bardzo wygodni i jeśli nie ma takiej podstawowej infrastruktury, to po prostu więcej nie przyjadą. Pojadą gdzie indziej, bo ceny są bardzo podobne.

Słusznie. Czasy, kiedy Bieszczady konkurowały ceną zdecydowanie należą do przeszłości…

Aga: Dokładnie. Musi być coś więcej niż tylko spanie i jedzenie. Dlatego to, co my proponujemy, jest istotnym uzupełnieniem tej podstawowej oferty turystycznej – noclegu i gastronomii. I to uzupełnieniem tak całorocznym, jak i niezależnym od pogody – mamy ofertę na upały i na deszcz, na zimę i na lato. Im więcej powstanie takich ofert w regionie, tym dłużej będzie trwał tu sezon turystyczny.

Serdecznie dziękujemy za rozmowę.

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.