“Opowieści bieszczadzkie” Jerzy Janicki

Po zbiór opowiadań zmarłego w 2007 roku pisarza i scenarzysty Jerzego Janickiego sięgnęłam przez przypadek. Nie skojarzyłam nazwiska ze znanymi filmami i serialami. Skupiłam się jedynie na temacie, czyli Bieszczadach. Nie oglądałam filmów, które nakręcono na podstawie opowiadań. Byłam więc bardzo ciekawa, jak zostaną ukazani tutejsi ludzie i region ogólnie.

Wszystkie historie rozgrywają się w czasach PRLu, czasach „renesansu” Bieszczad, do których zaczęli przybywać ludzie szukający tutaj pracy, miejsca dla siebie, czasami ucieczki od problemów, wyroków i alimentów.  Trudniący się głównie pracą w lesie, wytwórstwem węgla drzewnego czy drobnym handlem. Dnie spędzający na ciężkiej pracy a wieczory na delektowaniu się miejscowymi wyrobami alkoholowymi.

Spodziewałam się najgorszego, czyli dobrego tematu i słabych historii – wszak opowiadanie to trudny gatunek literacki i mało który pisarz potrafi mu podołać – natomiast dane mi było przeczytać wciągające, świetnie napisane, groteskowe, nie zawsze wesołe ale często poprawiające humor i co najważniejsze, znając tutejszych ludzi, realistyczne opowieści od których naprawdę ciężko było się oderwać. I zdecydowanie za szybko się kończyły.

Wbrew pozorom, ludzie nie byli inni. Niewiele się zmienili, choć otaczał ich inny krajobraz i co innego interesowało. Byli „prości” ale nie oznacza, że bardziej szlachetni czy mniej przebiegli. Już w pierwszym opowiadaniu „Hasło” rozgrywka toczy się o duże pieniądze i każdy z bohaterów staje na rzęsach, by owe hasło poznać. Nawet ksiądz stoi w kolejce po fortunę. Na szczęście jednak autor nie przedstawia nam bohaterów jednowymiarowych – jednoznacznie dobrych bądź złych, przez co całość staje się ciekawsza i do samego końca nie wiadomo, komu kibicować.

Jeżeli chodzi o kwestie techniczne, niewątpliwą zaletą książki jest styl i współczesny dla historii język. Idealnie korespondujący z historiami i ich klimatem i z bohaterami. Wprawdzie na początku trudno mi było skupić się na historii z powodu natłoku wyrażeń i słów od dawna już nie używanych, ale już po chwili właśnie ten język podobał mi się najbardziej. Teraz już się tak nie mówi i nie zwraca do innych. Widać, że autor znał te tereny i tutejszych mieszkańców. I choć niektóre zdarzenia i dialogi wydają się aż nadto groteskowe, to jednak jest w nich ziarno prawdy i podejrzewam, że mogły wydarzyć się naprawdę.

„Opowieści bieszczadzkie” to niepozorna książeczka, która zachwyci nie tylko miłośników Bieszczadów ale również czytelników lubujących się w historiach rodem z PRLu, mocno zakrapianych bimbrem, gdzie wszystko dzieje się na wariackich papierach i nie do końca zgodnie z logiką. Zdecydowanie polecam.

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.