Pasja, praca i pomysł – rozmowa z panią Bożeną Wisłą

Dzisiaj zapraszamy Państwa do lektury wywiadu z panią Bożeną Wisłą z Bukowca – laureatką Perły za najlepszy polski regionalny produkt żywnościowy. Znalazła się ona w gronie nagrodzonych, w konkursie “Nasze Kulinarne Dziedzictwo – Smaki Regionów” na Międzynarodowych Targach w Poznaniu, za swój niepowtarzalny ser podpuszczkowy z nutą leśną.

Czym jest owa “nuta leśna”, dlaczego jej ser jest taki wyjątkowy i co można robić w Bieszczadach? – odpowiedzi na te pytania znajdziecie w poniższym tekście 🙂

Co poradziłaby Pani osobie, która chciałaby zacząć własny biznes w Bieszczadach?

W Bieszczadach tak wiele rzeczy można zrobić, naprawdę wystarczy odrobina pomysłu i pracy. Jeżeli posiada się kawałek ziemi, albo wydzierżawi od kogoś na wypas, można np. kupić kozy, a następnie produkować sery z koziego mleka. W tej chwili ta nasza żywność lokalna, tutaj produkowana, jest bardzo atrakcyjna. Przyjeżdżają turyści z Polski i oni szukają takich właśnie lokalnych produktów.

Ja na przykład prowadzę warsztaty serowarskie, mam zagrodę edukacyjną, mogę podpowiedzieć coś, nauczyć przy tym. Można robić wiele rodzajów wina, nalewek, konfitury, soki, przetwory ze wszystkiego co rośnie na działce, można zbierać grzyby, zioła czy nawet piec chleb. Klient szuka tego w Bieszczadach. I to jest naprawdę rewelacyjny rynek. Odrobina pomysłu i praca.

Sery – ja się wstrzeliłam w dziesiątkę, zupełnie nieświadomie. Odrobina szczęścia, bo od zawsze mam krowy i robiłam twarogi, handlowałam nimi ale tak jak i wszyscy sąsiedzi, więc nie było to nic specjalnego. Z tym, że woziłam się z tymi serami i handel jakoś szedł.

Mam taką koleżankę, przyjaciółkę w Berezce i ona mówi tak: „Wiesz co, Bożena? Jedziemy do mojej bratowej w okolicach Komańczy. Moja bratowa robi bunce, zobaczysz jak to się robi, spróbujesz i może sama będziesz robić?”. Pojechałam z nimi…

…i tak to się zaczęło?

Tak, właśnie tak. Przyjechaliśmy tam. Bratowa koleżanki poczęstowała nas tym serem, okazał się naprawdę fajny. Pochwaliłam i spytałam, jak się robi takie sery a ona powiedziała, że bez problemu pokaże. Wyciągnęła garnek, podgrzała do odpowiedniej temperatury, dodała podpuszczkę i tłumaczyła wszystko, jak się robi. Posiedzieliśmy trochę, zrobiła ser, przełożyła na cedzak, ser troszeczkę ociekł i dała nam spróbować. I wszystko było super, tylko pomyślałam: „Skąd ja wezmę tę podpuszczkę?”, ale ta pani od razu chętnie mi ją podarowała i mogłam eksperymentować.

I tak samo zrobiłam w domu pierwszy ser… ale to nie było to (śmiech). Metodą prób i błędów – jak coś nie wiedziałam to dzwoniłam, wypytywałam, a ona mi to tłumaczyła. I właśnie w ten sposób, powoli, nauczyłam się.

Później, będąc tutaj w ODRze w Lesku, gdy już wiedzieli, że robię jakieś sery, pani Ewa mówi do mnie tak: „Może na jakiś konkurs pani pojedzie z tym serem? Ale to musi być lokalny ser, robiony metodą tradycyjną. Może ten ser z czosnkiem niedźwiedzim?”.

Zgodziłam się, nazwaliśmy go zamiast „z czosnkiem niedźwiedzim” – „z nutą leśną” i pojechaliśmy do Medyni Głogowskiej na konkurs i właśnie tam zaczęła się moja przygoda z serami. Tam zdobyłam pierwsze miejsce.

Taki start?

Właśnie, od razu. Na etapie wojewódzkim.

A w tym roku I miejsce w Poznaniu w konkursie „Nasze kulinarne dziedzictwo”?

Ale zanim jeszcze się zakwalifikowałam, musiałam przejść przez inne konkursy – trzeba przejść wszystkie etapy. W tamtym roku, w Pilźnie, zdobyłam nominację do Perły. I to jeszcze nie był bilet do Poznania. Potem był następny etap konkursu, ostra konkurencja, i dopiero następny etap, gdzie wygrałam. Zadzwonili, że mam jechać do Poznania po odbiór Perły.

Poza tym dyplom w zeszłym roku za 3. miejsce w województwie w konkursie „Najlepsze gospodarstwo ekologiczne” w kategorii „Ekologia – środowisko”. Ale żeby to wszystko zdobyć, trzeba pracować, trzeba się angażować, dawać coś z siebie. Nie mówię, że jestem najlepsza, po prostu dużo pracuję. Może niektórzy nie chcą tego robić? To jest ciężka praca – ale jest też duża satysfakcja. Przychodzi do pana klient i wraca do domu zadowolony, poleca innym, ci inni przychodzą – i to daje satysfakcję człowiekowi, że robi coś fajnego, co cieszy innych. I to jest piękne. Nawet przed chwilą miałam telefon od pani, która myślała, że będę na Ekogali w Rzeszowie. Ale ja mam jutro wyjazd do Strachociny, bo działam też społecznie. Jestem takim typem społecznika. Mi to daje olbrzymią radość, kiedy mogę zrobić coś dla kogoś, komuś pomóc. I dlatego nie pojechałam na Ekogalę, muszę też inne sprawy pozałatwiać…

Właśnie, czytałam, że u Pani dużo się dzieje. Produkcja serów, zagroda edukacyjna i warsztaty edukacyjne…

Tak, właśnie tu jest podziękowanie – kapituła programu przekazuje wyrazy uznania dla gospodarstwa „Agro Eko Turystyczno-Edukacyjne”. Tak to się właśnie nazywa.

Tyle, że w tej chwili sery robię już tylko pod zamówienie, bo nie ma turystów, jest taki martwy sezon i dopiero, gdy dzwonią, to przygotowuję cokolwiek. Z tym, że pozostają okoliczne hotele i ośrodki, Bristol i Hilton w Rzeszowie, Siedlisko Brzeziniak w Przysłupiu…

Dużo tych tytułów. Pewnie aby każdy uzyskać należy spełnić określone wymagania? 

Zgadza się. Jeżdżę na szereg różnych szkoleń. Żeby zarejestrować serowarstwo musiałam uzyskać numer weterynaryjny, certyfikat z ukończenia szkolenia serowarskiego, jeżeli prowadzi się zagrodę edukacyjną należy mieć certyfikat ukończenia szkoleń ratownictwa medycznego. Tego jest dużo. Ekologiczne gospodarstwo też musi mieć certyfikat.

A jak wygląda sytuacja w tej okolicy? Czy branża ekoagroturystyczna się rozwija? Bo sama turystyka na pewno – jezioro Solińskie jest blisko i ludzie i tak szukają pokoi. Ekoturystyka to jest coś więcej.

Tak, ekoagroturystyka to jest coś więcej. Trzeba pracować. Posiadam krowy, kozy – ale jako atrakcję turystyczną, bo jest ich tylko dwie. Kury, kaczki…

Czym różni się ekoagroturystyka od zwykłej?

Trzeba mieć produkcję zwierzęcą, rolną i trzeba przechodzić co roku kontrolę z jednostki certyfikującej – Ekogwarancji. Kontrola taka sprawdza, czy nie ma stosuje się nawozów sztucznych, żadnych środków ochrony roślin, sztucznych pasz dla zwierząt.

Jest to też spory wysiłek fizyczny i inwestycja. Na przykład takie ziemniaki – trzeba ręcznie zbierać stonkę, tak samo plewić. Nasiona muszą pochodzić z gospodarstwa ekologicznego. To wszystko wiąże się z kosztami.

Co może pani powiedzieć o zagrodach edukacyjnych?

Super sprawa, dlatego że ja lubię dzieci, młodzież – mamy fajne kontakty. Są ciekawi, wszystkiego chcą dotknąć, spróbować. To jest naprawdę fajna sprawa.

Jakie to są zajęcia? Serowarstwo i uprawa ziemniaków, tak?

Tak. Serowarstwo, od pozyskania produktu po efekt końcowy. Dojenie krowy i później cały ten proces do uzyskania sera. Ser bunc – albo twaróg, jeżeli wiem wcześniej, że przyjadą. Wtedy zostawiam mleko do skwaśnienia. Niektórzy są bardzo zdziwieni, gdy pierwszy raz próbują mleko prosto od krowy. Normalnie nie mają takiej możliwości. Czy chociaż dotknąć zwierzę – jaka to frajda jest. Później – mam takie fajne foremeczki serduszka – i w nich dzieci robią sobie sery i zabierają do domu. Śmiałam się ostatnio, jak dzieci się cieszyły, że mogą się napić serwatki. Tyle miałam ubawu z tego. Ta grupa liczyła ze dwadzieścia osób i wszyscy krzyczeli „jeszcze ja! jeszcze ja!”. Dostali tę serwatkę do butelek na drogę.

Czy wtedy, gdy pani uczy ludzi, jak się robi sery, to oni mogą potem wykonać je w domu czy jest jakiś specjalny sprzęt?

Nie, ja je robię metodą tradycyjną, nie jestem jakimś potentatem przemysłowym. Mam taki duży garnek, taboret, nic specjalnego. Jedynie ta podpuszczka jest trudniejsza do zdobycia. I tak sobie przerabiam, w sumie nawet nie wiem ile to litrów…

A jak wygląda branża serowarska w Bieszczadach?

Na pewno Nikos robi świetne sery. Byłam u niego, on mi to pokazywał, tłumaczył – bo każdy ma jakiś swój przepis. I ja tak pozbierałam całą tą wiedzę od innych, i stworzyłam swoje. Ponieważ ja tych serów nie moczę w solance, tylko robię trochę inaczej – obsypuję ja solą. Przez co moje sery są inne.

Czyli ludzie chętnie dzielą się wiedzą? Nie jest tak, że „każdy sobie…”?

Nie, nie. My się tutaj szanujemy, jest tak zwana „brać serowarska”, nie ma żadnego problemu.

Jakie rodzaje serów Pani wytwarza?

Różne, zwykłe twarogi, sery podpuszczkowe… z nutą leśną (czyli z czosnkiem niedźwiedzim), z czarnuszką, z kozieradką, z pieprzem czerwonym czy zielonym, ze śliwką, z papryką, z orzechami czy czysty obsypany czubrycą zieloną. Ser z samą bazylią, a także z suszonymi pomidorami, czosnkiem i bazylią, wreszcie sery wędzone.

Interesuje się Pani tym, jak to wyglądało kiedyś? Jakie kiedyś powstawały sery? Czy raczej są to eksperymenty własne?

Staram się o zarejestrowanie jako produkt tradycyjny, złożyłam już dokumenty i czekam, bo to jest szereg procedur. Zbierałam informacje od ludzi, którzy dawniej coś takiego robili. Ale dawniej nie było takiej podpuszczki jak teraz. Robiono ją z wysuszonych żołądków cielących. Sproszkowane dodawali do serów…

Teraz chyba niewielu by sięgnęło po takie sery.

No raczej nie (śmiech). Ale nie było innej metody, podpuszczka nie była dostępna. Teraz mamy biologiczną, wiele rodzajów, wybór jest duży.

Obserwuję, jak się teraz robi sery i jak robiło się je kiedyś. Mogę powiedzieć, że jest to moja pasja.

Czy to pani serowarstwo to jest takie dziedzictwo „z dziada pradziada”?

Nie, te sery podpuszczkowe poznałam dopiero dzięki koleżance parę lat temu. Samo gospodarstwo tak, tutaj mieszkał mój dziadek, później mój tata, a ja tutaj zostałam na ojcowiźnie. Oni raczej się nie interesowali serowarstwem. Wiadomo, były krowy, robiło się sery, masła, dla własnych potrzeb. Właśnie ta koleżanka zainspirowała mnie do tego, żeby pojechać do tej swojej bratowej i zobaczyć, jak się robi takie bunce. Ona jest matką tego wszystkiego.

Mówiła pani, że udziela się społecznie. Na czym to polega? Jest pani członkiem jakiś stowarzyszeń turystycznych?

Nie, działam z ramienia Akcji Katolickiej, jestem prezesem Parafialnego Oddziału Akcji Katolickiej w Wołkowyi i jestem też odpowiedzialna za pracę Akcji w dekanacie solińskim. Akcja Katolicka robi sporo dobrego, udzielamy się społecznie…

A jakiś przykład? Np. ostatni projekt?

Organizowaliśmy dość prężny festyn parafialny. Jego data zbiega się z dniem ojca, dziecka i matki. Pozyskujemy sponsorów, wszystko robimy za darmo i sami. Zapraszam serdecznie w następnym roku, mamy zaplanowany festyn na początku czerwca. A teraz organizujemy opłatek dla seniorów, ludzi starszych, samotnych. Wójt gminy nam to dotuje. Zapraszamy i gościmy seniorów, integrujemy się, spotykamy. Ci ludzie starsi są trochę zepchnięci na margines, niektórzy czują się niepotrzebni – a tak, jak już się zaprosi, to wtedy spotykają dawnych kolegów, przyjaciół, jest tak fajnie, tak ciepło, serdecznie. Teraz organizowaliśmy 1. października w Wołkowyi poświęcenie obelisku upamiętniającego 50. rocznicę zburzenia kościoła w Wołkowyi…

Teraz powoli wracamy do interesowania się naszą historią. Dużo się mówi o ludziach, którzy tutaj mieszkali – o Bojkach, Łemkach. Zauważyła pani zainteresowanie tym tematem czy raczej turyści się tym nie interesują?

To jest nasza historia, a turyści się nią interesują. Jednak w większości ich obraz Bieszczadów pod tym kątem jest „skrzywiony”. Trzeba mieć dość dobrą wiedzę, żeby to wszystko tłumaczyć i wyjaśniać. Dawniej wszystkie książki były przekłamane i dopiero teraz dowiadujemy się, jak było faktycznie.

Trzeba pielęgnować nasze korzenie, bo taka jest nasza historia. Na tych terenach mieszkali głównie Bojkowie. Dlatego na tych konkursach, na których występuję, to właśnie w stroju bojkowskim. Czarna spódnica, bluzka z haftami czerwono-czarnymi, gorset.

Jak pani ocenia branżę turystyczną na tym terenie? Bo pani się mocno interesuje i rozwija, a jak to wygląda wokół?

Trzeba się cieszyć, bo jednak turystyka w Bieszczadach się rozwija i jest coraz lepiej. Ale ciągle jest dużo rzeczy do zrobienia, trzeba stale inwestować w zaplecze turystyczne. Wszyscy utrzymujemy się z turystyki.

Jakie są Pani plany na przyszłość? Czy oferta gospodarstwa będzie jeszcze poszerzana?

Zobaczymy co los przyniesie. Serowarstwo jest moją pasją, więc myślę, że będę chciała w tym kierunku jeszcze się rozwijać. W przyszłym roku na pewno wystartuję w konkursie “Nasze kulinarne dziedzictwo”.

Dziękuję za rozmowę.

 

Marta Kusz 

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.