Subiektywny leksykon bieszczadzkich mitów, legend i innych bzdur – Biesy i Czady

Niewiele rzeczy w Bieszczadach dalej mnie dziwi, są jednak takie, którym udaje się to czynić już kilka dekad. I to niezmiennie. Taką, którą uznałbym za wartą postawienia na pierwszym miejscu, są Biesy i Czady.

Popularność tego zestawienia jest trudnym do wyjaśnienia fenomenem, zwłaszcza, że nie jest ono bynajmniej nadużywane wyłącznie przez zadeklarowanych satanistów, ale cały szereg dusz dobrych i od potępienia dalekich. Czy to tych rozkochanych w poezji śpiewanej i bieszczadzkich aniołach, czy to harcerzy i harcerek, czy wielkomiejskich włóczykijów. Czy w końcu uczestników oaz, tudzież innych spędów młodzieży młodszej i starszej, deklarującej się jako chrześcijańska. Wszyscy oni muszą przecież w swojej zbiorowej mądrości i osobistej inteligencji wiedzieć, że Bies, to po prostu zły duch, demon, czart. Czyli diabeł. Szatan. 

Duerer Śmierć i Szatan

Czym się zatem – na polu etymologicznym – różni wyjazd w Biesy od pójścia do diabła? Jechaniem a nie chodzeniem? Czy liczbą mnogą złych mocy? Zatem pojechać w Biesy będzie tym samym co pójść do wszystkich diabłów?Nie kwestionując obecności w Bieszczadach złych duchów i demonów (zwłaszcza demonów komunizmu) nie można twierdzić, że region ten jest jakoś szczególnie nimi nasycony. Może faktycznie demonów komunizmu jest więcej niż w inteligenckim Sanoku czy profesorskim Krakowie, ale da się to prosto wytłumaczyć geografią, demografią czy – zwłaszcza – historią.  Biesów – a zwłaszcza już tych nieszczęsnych i do niczego nie pasujących Czadów – wytłumaczyć się nie da.

Przecież nazwa Bieszczad – bowiem mnogie Bieszczady to historia jeszcze późniejsza – nie jest wiązana z diabłem przez żaden porządny słownik ani najstarszy nawet autorytet. Owszem, byli badacze, którzy poszukiwali etymologi Bieszczadu u mało spokojnego ludu Bessów, ale większość wskazuje po prostu na związki z górami oraz identyczność znaczeniową z Beskidem, zastrzegając się jednak najpierw, że tak naprawdę, to skąd się ta nazwa wzięła, nie wiadomo.  

W źródłach pisanych ze średniowiecza mamy formę z 1269 r. Beschad (czytane jako Beszad – zatem biesa tu nie słychać) oraz z 1400 r. Byesczad, gdzie Bies i owszem, jest dobrze słyszalny, podobnie jak w 1447 r., gdy mamy formę Byeschczad. W owym 1400 r. wspomniany Byesczad to określenie stosowane na pokrytą lasem górę, która to góra (a i pokrywający ją las) były własnością królewską i na szerokość i na długość. Fakt ten zaświadczył sam Klemens z Moskorzewa, zaufany doradca króla Władysława a nawet podkanclerzy Królestwa, do tego starosta sanocki i pan na zamku Kamieniec – bez wątpienia zatem osoba, której wiarygodności nikt nie powinien kwestionować. 

Zresztą wszystkie inne wzmianki ze średniowiecza także dotyczą góry lub gór zwanych Bieszczadem, a jeśli je zestawimy razem, to okaże się, że nazywany w ten sposób teren sięga na zachodzie po Jaśliska (1447) i potok Moszczaniec (1472). Zatem znacznie bardziej na zachód, niż dzisiejsze zachodnie granice Bieszczadów.

Warto tu jednak odnotować, że zarówno źródła średniowieczne, jak i choćby te z wieku XVI, śmiertelnie poważnie traktują jedynie granice majątków, do nazw geograficznych podchodząc raczej z dystansem. Dość powiedzieć, że w połowie XVI w. starosta sanocki Piotr Zborowski kilkakrotnie utożsamił góry Bieszczad z Karpatami (montis Carpati alias Byesczad).

 

Skąd zatem te Biesy i Czady? Kto za tym stoi?

Niepotrzebnie może sięgamy do średniowiecza, bowiem wkroczenie na scenę Biesów i Czadów to historia całkiem niedawna, do tego nie mająca związków z siłami nieczystymi – przynajmniej nic o tym nie wiadomo – za to związana z bieszczadzkim życiem artystycznym. Ich wynalazca urodził się w roku 1941 w Polanie i był przede wszystkim rzeźbiarzem i malarzem, choć od poszukiwań o charakterze etnograficznym się nie odżegnywał. Nazywał się Marian Hess i od lat 60. do końca 80. prowadził pracownię rzeźbiarską w Dwerniku, połączoną z galerią – ze względu na gabaryty prac – w dużej mierze terenową. Trafiali tu dość licznie turyści, których gospodarz kusił, snując różne historie, wyjaśniające tematykę i inspiracje swych prac. 

Charakter tych opowieści doskonale ilustruje podtytuł jego autobiograficznej książki Między snem a jawą. Trudno orzec, które gawędy były wynikiem prowadzonych w terenie kwerend a które powstały wyłącznie w wyobraźni artysty. Faktem jednak jest, że mocno utkwiły w głowach a czasami i sercach słuchaczy, budząc zainteresowanie znacznie szersze, niźli sama twórczość, choć i ta zyskała spore grono zwolenników. Sztandarowa zaś legenda o Biesach i Czadach przebojem wtargnęła do bieszczadzkiej mitologii oraz świadomości turystów i tubylców, wypierając wszystkie klechdy i podania, nawet te, które osobiście zebrał Oskar Kolberg. 

W latach 90. Hess wyjechał do Niemiec, gdzie z kolei rzeźbił gnomy, trolle i koboldy, także bazując na lokalnych podaniach i opowieściach. Może także przez siebie uzupełnianych? Zmarł w 2010 r. a więcej na temat tej niezwykłej postaci, jego twórczości i samej legendy dowiecie się z innego artykułu na tym portalu.

https://www.mojebieszczady.com/kim-ja-jestem-marian-hess/

Nawet spoglądając – jak niżej podpisany – z dystansem na opowieść o Biesach i Czadach, trudno nie docenić wyobraźni jej twórcy a przede wszystkim niespotykanego talentu do sugestywnego opowiadania. I trudno nie przyznać, że silniej wpłynęła ona na zbiorową świadomość odwiedzających Bieszczady niż wszystkie prace etymologiczne razem wzięte. 

Poznawszy zatem, skąd się wzięły Biesy, możemy z czystym sumieniem porzucić obawy o promocję satanizmu i włożyć Biesy i Czady między inne bajki, takie jak te o swojskim Rokicie czy urodzonym Borucie. 

Zatem bies to legenda, a diabeł? Diabeł w Bieszczadach występuje naprawdę. 

W wielu miejscach mówi: Dobranoc

 

Grzegorz Kubal

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.