Subiektywny leksykon bieszczadzkich mitów, legend i innych bzdur – Diabły i Wampiry

Co prawda Biesy i Czady pojawiły się w Bieszczadach dopiero w II poł. XX wieku (o czym była mowa tutaj), nie znaczy to jednak, że diabeł był miejscowym obcy. Wręcz przeciwnie. Wiele jego śladów zanotował sam Oskar Kolberg, nestor polskiej etnografii, którego badania objęły i Bieszczady. Można nawet powiedzieć, że eksplorował je szczególnie dokładnie, a to za sprawą komediopisarza Józefa Blizińskiego, z którym Kolberg przez wiele lat się przyjaźnił, kiedy obaj mieszkali w Warszawie. 

W 1876 r. Bliziński ożenił się z Pelagią Sokołowską z Wrzący Wielkiej i Sokołowa, która w posagu wniosła mu wieś Bóbrkę. Tę samą która dziś przyciąga turystów malowniczym położeniem nad Jeziorem Myczkowieckim. Blizińscy osiedli w miejscowym dworku, którego śladów dziś można co najwyżej szukać pod taflą jeziora. W  1883 r. Kolberg przybył do nich z dłuższą wizytą a Bóbrka stała się dla niego główną bazą wypadową do badań terenowych, które prowadził tu do 1885 r. Ich wyniki są oceniane jako najcenniejsze w całej spuściźnie badacza. Jak odnotowano we wstępie do zawierającego te materiały tomu 49 Dzieł Wszystkich Kolberga, badania prowadzone były w okresie, gdy był on doświadczonym etnografem, w pełni świadomym zadań tej dziedziny nauki, którą współtworzył od lat kilkudziesięciu. Wyprawa w Sanockie była zresztą ostatnią podróżą wybitnego badacza, który zmarł w Krakowie w 1890 r. w wieku 76 lat.

OSkar Kolberg w Bieszczadach

W badania Kolberga mocno zaangażowała się Pelagia Blizińska, która nie tylko dostarczała mu miejscowych informatorów ale i sama czyniła wiele notatek. Jedna z nich dotyczyła właśnie spraw diabelskich czy też dokładniej …biesa. Okazało się mianowicie, że bies obierał sobie na mieszkanie bez (dziki), zwłaszcza, jeśli krzak był stary. Jeśli zatem ktoś wykopywał lub niszczył bez, narażał się na zemstę diabła – taki człowiek “nagle skona, albo mu członki pokręci, albo w dobytku poniesie stratę”.  Zanotowała zresztą dla Kolberga Pani Pelagia konkretny przypadek: Antoszko Dudjak (rzecz jasna z Bóbrki) wykopywał bez i wówczas ujrzał gwiazdę latającą koło niego, starał się ją odpędzić od siebie, lecz nie mógł tego zrobić, bo mu ręce pokręciło. Zbierając zatem kwiat czy owoc bzu czarnego na zdrowe syropy baczcie, by krzew pozostał nienaruszony… 

Odnotowano też w Bieszczadach znany z całej Słowiańszczyny przesąd, by nie wypowiadać imienia Złego a zastępować go jakimś mniej precyzyjnym określeniem, typu Bida albo pek mu, których używano w Leszczowatem. Na podobnej zresztą zasadzie, jako alternatywne określenie diabła, pojawiło się ongiś słowo bies, które w epoce przedchrześcijańskiej oznaczało u Słowian postać złego ducha, może z niezbyt precyzyjnie określoną funkcją ale za to o przerażającym i budzącym strach wyglądzie. Innym określeniem było słowo dias, po którym zostało powiedzenie do diaska

diabeł w Bieszczadach

Co szczególnie ciekawe, mieszkańcy ówczesnej Bóbrki uważali, że aby zaprzedać duszę diabłu, należało udać się do Krasnegobrodu, już po drugiej stronie granicy węgierskiej (dziś Krásny Brod k. Medzilaborzec, na Słowacji rzecz jasna), gdzie znajdował się co prawda słynny monaster, ale z boku wsi, jest drugi taki monaster diabelski, gdzie jest dwóch takich diabelskich sług (ale samego diabła nie widać), co przyjmują zapisy na farmazyn, to jest zapisują każdego, kto chce coś od diabłą mieć, np. pieniądze, skarby, chudoby, zboża (…)

Kolberg zanotował tu całą procedurę sprzedawania duszy w Krasnobrodzie, wraz ze szczegółowymi instrukcjami i radami, jak np.ta, że po pieniądze trzeba pójść nago. Nie wiadomo jednak, gdzie szukać owego szatańskiego monasteru, w którym siedziały na pokojach owe diabły. Są co prawda w Krasnym Brodzie i dziś dwa monastery, ale jeden jest całkiem nowy, postawiony w 2002 r., a drugi tu ruiny starego, zniszczonego ostatecznie w 1915 r. przez diabelstwo I wojny światowej .  

Monaster Krasny Brod

Obok diabłów badania terenowe Kolberga ujawniły także inne przejawy siły nieczystej, a to propastnyka (który nie jest właściwie dytkiem, czyli diabłem, chociaż posiada równa moc czynienia złego), miawki (czyli przypołudnice), hurboże (które dusiły człowieka), mamuny (siedzące w rzekach) oraz upirze – upiory czyli wampiry.

Informacje o wampirach, zanotowane przez tak wybitnego badacza, nie mogły pozostawić obojętnymi miłośników bieszczadzkich niesamowitości. Zwłaszcza, że odnotował Kolberg, iż we wsi Jawornik koło Komańczy “może nie ma jednego człowieka pochowanego na cmentarzu, który by nie miał wbitego w głowę ćwieka lub uciętej i u nóg położonej głowy”.

Przypadek upiora, który chodził po śmierci ale żona go nie widziała zanotowano też w Czaszynie, którego mieszkańcy uświadomili sędziwego już etnografa na temat wyglądu upiora. Otóż ma on za życia dwa serca i czerwony kark, i kiedy umiera, to jedno tylko serce z nim ginie, a drugie żyje i jest powodem jego wędrówek pośmiertnych. Nic dziwnego, że kiedy umarł podejrzany dla mieszkańców Czaszyna wróż (zapewne miał czerwony kark, bo dwa serca chyba trudniej rozpoznać), obwinięto mu szyję prętem z głogu, w serce wbito gwóźdź z brony a uciętą głowę położono w stopach.

Mieszkańcy Bóbrki dodali do tego portretu wampira istotny fakt, że za życia jest on czerwony na gębie i przywołali kolejne historie, jeszcze bardziej mrożące krew w żyłach, zwłaszcza o obcowaniu upiorów z kobietami i skutkach takich postępków. Zamiast je przytaczać, polecę Wam film, zrealizowany w 2016 r., w którym znajdziecie więcej dowodów na działania wampirów oraz – na szczęście – także informacje, jak się przed upiorami bronić, podane zresztą przez najlepszych w Sanoku specjalistów od upiorów – Piotra Kotowicza z Muzeum Historycznego i Huberta Ossadnika z MBL. Ten pierwszy – praktykujący archeolog – przedstawia także bliżej kwestie odkrytych w trakcie wykopalisk pochówków antywampirycznych, które jednoznacznie potwierdzają, że opowieści zanotowane przez Kolberga nie są prostą acz malownicza fikcją, jak Biedy i Czady.

Film jest rzetelny, w jednym tylko miejscu narrator myli Bóbrkę goszczącą Kolberga z Bóbrką koło Krosna, gdzie akurat wszechobecna wówczas ropa naftowa nie pozostawiła wampirom kawałka miejsca. 

Warto tu natomiast przedstawić jeszcze skutki sprawy z Lalina, która niemal wszędzie pozostaje w niedopowiedzeniu a dotyczy pierwszej wzmianki o miejscowych wampirach. Otóż w 1529 r. (ledwie 53 lata po rzekomej śmierci Draculi!) mieszkańcy Lalina wykopali na kościelnym cmentarzu zwłoki nieznanego bliżej krajanina, odcięli mu głowę i wbili ją na pal. Zapewne nie był to wówczas jakiś unikat, skoro odkryto inne pochówki antywampiryczne, wyjątkowe jedna było to, że uczynili to z aprobatą swojego proboszcza, ks. Michała. Rezydującego w Grabownicy, należał wówczas Lalin do parafii w Grabownicy (dziś Starzeńskiej). 

O sprawie dowiedział się jednak ówczesny biskup przemyski Jan Karnkowski. Z energią i zdecydowaniem, których próżno dziś szukać w polskim episkopacie w nie mniej kontrowersyjnych sprawach, wytoczył on proboszczowi proces przed swoim sądem, z akt którego wiemy o całej sprawie. Gruntownie wykształcony Karnkowski, uczeń Kallimacha i entuzjasta renesansowego humanizmu, nie podzielał wiary w upiory i osadził księdza Michała w odosobnieniu na pół roku, o przysłowiowych chlebie i wodzie. Co ciekawe, w tym samym roku odbył się przed tym samym sądem proces księdza Stanisława z Ciężkowic, głoszącego “nowinki luterskie”, który otrzymał istotnie łagodniejszy wyrok – tylko 2 miesięcy więzienia. 

bieszczadzki wampir

Od wieków byli zatem tacy, którzy w upiory wierzyli, byli też i ci, którzy ni wierzyli. Na pewno jednak temat bieszczadzkich diabłów i upiorów nie może zostać wsadzony między bajki, bowiem – tak jak istnieje prawda czasu i prawda ekranu – tak i istnieje prawda doświadczalna i prawda etnografii. Zamiast między bajki, wrzucamy zatem ów temat na poważną półkę naukową.

A co do prawdy doświadczalnej… Sprawdzanie w praktyce rad Kolberga, zwłaszcza tych dotyczących obcowania z siłami nieczystymi, na wszelki wypadek stanowczo odradzam. Bezpieczniej będzie praktykować inne instrukcje, choćby tą o sposobie na złagodzenie mrozu:

Gdy mocny mróz trwa, więc żeby zelżał, trzeba w myśli porachować dziewięciu znajomych łysych mężczyzn, a mróz zelżeje niebawem.

 

Grzegorz Kubal

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.