Tajemnice jeziora Solińskiego

Realizacja projektu prof. Karola Pomianowskiego, wykorzystującego naturalne zakole Sanu oraz ukształtowanie terenu w pobliżu wsi Solina, doprowadziła do powstania Zespołu Elektrowni Wodnych Solina – Myczkowce i zarazem największego (pod względem ilości zgromadzonej wody – niemal 0,5 mld m3!) sztucznego zbiornika retencyjnego w Polsce, nazywanego także „bieszczadzkim morzem”.

Pierwsze prace nad projektem rozpoczęto na początku lat dwudziestych XX wieku, jednak najpierw brak funduszy, a potem wybuch II wojny światowej przerwały dwukrotnie jego realizację, która zakończyła się dopiero w 1968 roku. Warto przytoczyć kilka ciekawostek związanych z zaporą w Solinie: prace ziemne nad przygotowaniem terenu pod budowę zapory trwały aż cztery lata. Równie długo trwały prace betoniarskie. Powstała zapora jest najwyższa w Polsce – 82m. Wysokość lustra wody przy zaporze to 60m. Długość udostępnionej do spacerów korony zapory to 664m. Jezioro solińskie ma największą w Polsce pojemność (472 mln m3). Długość linii brzegowej to 166km – aby obejść wokoło „bieszczadzkie morze” potrzeba paru dni!

Aby mógł powstać Zalew Soliński zalano dawną wieś Solina i kilka mniejszych. Jednak powstały zbiornik wody ma wiele przydatnych cech: stanowi rezerwuar wody pitnej, dostarcza energii elektrycznej, zapobiega powodziom i jeszcze stanowi niemałą atrakcję turystyczną.

Mając niespełna godzinę wolnego czasu warto pokusić się o wejście na górę Koziniec, ponieważ właśnie stąd, ze szczytu nieczynnego już kamieniołomu, z którego wydobywano materiał do budowy zapory, rozciąga się rozległa panorama na dwa bieszczadzkie akweny wodne oraz w tle pasmo połonin. Naprawdę warto tu wejść.

Ciekawostką jest, że właśnie w kamieniołomie Koziniec kręcono sceny do drugiego sezonu Watahy. I na potrzeby tych scen do Bóbrki przywieziono ciężkie retorty. Obecnie jednak już ich tam nie ma. Magia telewizji 😉

Wracając jednak do samej zapory… Wiele legend powstało, a może i nie legend, od czasu, gdy rozpoczęto jej budowę. Podobno nikt nie zna prawdziwej liczby osób, które zginęły przy jej budowie. Mówi się, że czasem ktoś wpadł przez nieuwagę do betonu i ślad po nim zaginął. A czasem, nawet gdy ich zauważono, nie można już było nic zrobić. Mieszkańcy okolicznych wiosek wspominają o karetkach jeżdżących w stronę zapory prawie codziennie. Na pewno wpływ na to miało niestosowanie się do zasad BHP, ale podobno również konflikty między budowlańcami.

Zresztą, solińska zapora od początku była przeklęta, albo przynajmniej pechowa. Choć mówi się o dwóch kobietach rzucających uroki na całą budowę, w zamian za przymusowe wysiedlenia, to nieprzeniesienie wszystkich grobów i pływające trumny mogą być zwyczajnym niedopatrzeniem. Biorąc pod uwagę fakt, że Bojkowie grzebali bliskich zmarłych skromnie i po latach zapadnięte groby znikały pod trawą, a dodatkowo w czasach tuż przed budową zapory, w Bieszczadach trwały walki partyzanckie z UPA i poległych również najczęściej grzebano byle jak, nie ma się co dziwić, że nie wszystkie groby odnaleziono.

Jakby tego było mało, w dokumentacji wydanej po ukończeniu budowy i zalaniu zbiornika wodą napisano o trzech przeniesionych cmentarzach, gdy na tym terenie było ich podobno pięć… W książce “Tajemnice Soliny” Henryka Nicponia jest to opisane bardziej szczegółowo. I choć jedni mówią o pływających trumnach a inni kategorycznie temu zaprzeczają, można zakładać, że na dnie jeziora znajdują się (lub znajdowały) jeszcze mogiły, o których wszyscy zapomnieli. Dawniej nagrobki nie były tak wystawne jak obecnie. Niewielu było na to stać.

Inną, choć równie przykrą statystyką, są samobójstwa. Swego czasu było takich przypadków nawet kilka rocznie. Zarząd zapory zainwestował w zabezpieczenia, podniesienie barierek, cały czas ktoś czuwa przy monitoringu… Jednak niewiele można zrobić, gdy ktoś ma tak silną wolę odebrania sobie życia. Dawniej ludzie na pewno tłumaczyliby to istnieniem niewidzialnych, złych mocy, diabłów, rozgniewanych duchów. Obecnie wiemy, że są to zawody miłosne i dramaty życiowe.

Tych wszystkich ludzi nikt nie zliczy i chyba nigdy nie będzie wiadomo, jak wiele ludzkich istnień tak naprawdę zabrała zapora. Wydaje się to w obecnych czasach dziwne, ale w latach sześćdziesiątych nie było telefonów komórkowych, nie wszyscy pracownicy mieli rodziny lub nie posiadano ich pełnych danych. Przy budowie tamy pracowało ponad 2000 robotników!

Henryk Nicpoń snuje też opowieści o tych, którzy zginęli pływając po jeziorze. Którzy nie wierzyli, że władzę nad “bieszczadzkim morzem” objął Perełesnyk – duch marzeń, Perewerteń – duch ludzkiej zguby i Stryboh – duch wiatrów a także ich świta – topilce, topielice, topielczyki, upiory i inne demony.

Czy to kara za zniszczone cerkwie i kościoły? Za zbezczeszczenie zwłok?

Co kryje się na zamulonym dnie jeziora Solińskiego?

Tego nie wie nikt. I może lepiej nie sprawdzać…

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.